Single Shot: Nick Cave & Warren Ellis „Song for Bob”.

Can’t figure it out: do you want to be like me or do you want to BE me?

By his own approximation, Bob assassinated Jesse James over 800 times. He suspected no one in history had ever so often or so publicly recapitulated an act of betrayal.

Odświeżyłem sobie ostatnio jeden z ulubionych filmów – Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford). Konstrukcja tytułu (formą nawiązująca do amerykańskich powieści groszowych z przełomu dwóch poprzednich wieków) jest zaledwie pierwszą z wielu rzeczy, która czyni go wyjątkowym i jednym z większych zaskoczeń pozostaje dla mnie fakt, że swego czasu przemknął on przez kina praktycznie niezauważony. Każdy dosłownie aspekt tego obrazu – scenariusz, obsada, sposób reżyserii, zdjęcia, scenografia – jest pulsującym ropieniem tej popularnościowej niesprawiedliwości.

Bo spójrzmy choćby na ścieżkę dźwiękową, z jej tego typu perełkami:

Song for Bob jest moją osobistą kwintesencją terminu „muzyka narracyjna”. Cały ten długi, powoli rozwijający się utwór ma strukturę snutej opowieści, przy czym nie jest to wesoła, rodzinna anegdotka, przywoływana przy niedzielnym obiedzie. Mamy tu raczej do czynienia z trudną, intymną chwilą zwierzenia, spowiedzi, zrzucenia noszonego przez lata ciężaru.

W takim ujęciu trzydziestosekundowy prolog jest dźwiękowym odpowiednikiem procesu zbierania myśli, poszukiwania odpowiednich słów, przygotowuje do wysłuchania całości historii i układa fundamenty pod jej nastrój. Następujące po nim grobowe, ciężkie niczym westchnienie smyczki rozpoczynają monolog, zarysowując kontekst zdarzeń. Delikatne, pojedyncze uderzenia klawiszy to już historia właściwa – opowiadana niepewnie, konfrontowana z ograniczeniami pamięci i języka, przerwana w pewnym momencie dłuższym, pełnym sentymentu smyczkowym solo. Dygresją? Podążeniem myślą za wspomnieniem minionych, lepszych czasów, które prawdopodobnie nigdy później nie wróciły? Po dłuższej chwili zastanawiania się nad odpowiedzią wracamy do tematu – wszystkie dotychczasowe instrumenty niespiesznie, jeden po drugim, zaczynają się ze sobą zbiegać, by w końcu wybrzmieć pełną, zsynchronizowaną linią melodyczną. Spiąć się w sobie i, przezwyciężając wahanie, opowiedzieć wszystko, niczego już nie ukrywając. Zamknięcie Song for Bob to powrót do pojedynczych dźwięków pianina, nie tak jednak chwiejnych jak w początkowej partii utworu. W których wciąż słyszalny jest smutek, ale tym razem też – ulga i opanowanie. Oraz, wybaczcie pretensjonalność, ocierane ukradkiem łzy.

Tych, którzy mimo wszystko mieli okazję film oglądnąć, stwierdzenie, że bez muzyki Nicka Cave’a i Warrena Ellisa (nie tego, niestety) nie byłby on taki sam, nie będzie oślepiało oryginalnością. Mimo całego westernowego szafarzu, wsparcia się historycznie autentycznymi postaciami i gwiazdorską obsadą, jest to bowiem autorska, dość kameralna historia o tym, że w fatalistycznie ukształtowanej rzeczywistości źródłem największych rozczarowań potrafią być marzenia. Szczególnie te spełnione. Co bez kompozytorskiego wkładu wspomnianego duetu nie miałoby szans wybrzmieć tak mocno jak ostatecznie wybrzmiewa.

Świetna historia. Świetna muzyka. Świetne wszystko. Oglądnijcie (i posłuchajcie) koniecznie.

Song for Bob
Autorzy/wykonawcy: Nick Cave & Warren Ellis
Album: The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford OST
Rok wydania
: 2007

 

„The Underwater Welder” Jeffa Lemire’a.

One day, Jackie… One day, you and me are gonna go down there and strike it rich!

Yeah, well, you need a hobby or some shit like that. Your dedication to the job ain’t healthy, man.

uw2Tym razem, walcząc heroicznie z przyrodzonymi ciągotami, przejdę do rzeczy bez żadnych wstępów, rozgrzewek czy rysów historycznych. Otóż – Underwater Welder to najlepszy komiks z kategorii tych, o których prawdopodobnie niewiele dotychczas wiedzieliście. Więcej nawet – to generalnie jeden z lepszych utworów fabularnych z jakim miałem okazję zetknąć się w ostatnim czasie.

Za to przenikliwe, nienarzucające się efektownością dziełko odpowiada Jeff Lemire – kanadyjski twórca komiksów autorskich, robiący ostatnio karierę w amerykańskim mainstreamie, a w Polsce znany z wydanych przez Timofa, bardzo dobrych Opowieści z hrabstwa Essex. Oba komiksy tworzą zresztą interesującą dylogię – o ile ten ostatni koncentrował się na obficie oblanych sentymentem wyimkach z życia dorastających przedstawicieli kanadyjskiej prowincji, o tyle Underwater Welder, rozgrywając się w podobnym otoczeniu, ukazuje drugie, mniej rozczulające oblicze melancholii: przeciągniętej w czasie, przeżywanej zbyt intensywnie, zatruwającej odbiór tego, co tu i teraz.

Główny bohater powieści bowiem – Jack Joseph – mimo wszelkich zewnętrznych przejawów w miarę sprawnego radzenia sobie z rzeczywistością (wyjazd na dobre studia, żona, dziecko w drodze), daleki jest od stanu życiowej równowagi. Nie pozwalają mu na to historie z przeszłości, koncentrujące się wokół osoby jego ojca – w jakiś sposób poczciwego, ale jednak nieudacznika, goniącego za złudzeniami i wyraźnie nie radzącego sobie z rolami, które otoczenie „nakazywało” mu wypełniać. Dorosły Jack, skoncentrowany na swojej niedokończonej z nim relacji, zaczyna się – nieświadomie i wbrew intencjom – do niego coraz bardziej upodabniać. Powrót w rodzinne strony i podjęcie specyficznej, bardzo podobnej do ojcowskiej, pracy (jako tytułowego spawacza) w odmianie tego stanu rzeczy zdecydowanie nie pomaga.

I choć na poziomie opisu brzmi to może jak „nudne, było” to Lemire potraktował temat odpowiednio wielowymiarowo – ojciec Jacka nie jest jakimś zapitym, jednoznacznie potępienia godnym potworem, miejsce akcji jest prowincjonalne, w znaczeniu zarówno złym jak i całkiem dobrym (spokój, przyjazna, pomocna społeczność wokół) a obsesje głównego bohatera są efektem młodzieńczych przeżyć rodzinnych, ale też – ma się wrażenie – dość poręcznym pretekstem do usprawiedliwiania przygniatającego strachu przed własnym, nieodległym ojcostwem i związaną z tym odpowiedzialnością.

uw3

Ten ostatni aspekt jest w komiksie rozegrany szczególnie udanie. Sposób jego potraktowania kojarzył mi się mocno z wyświetlanym niedawno w kinach filmem Enemy z Jackiem Gyllenhaalem w roli głównej (oglądnijcie!). I tam, i w Underwater Welder głównym tematem jest niedojrzałość zapędzona w kozi róg poważnej, nieodwracalnej i odpornej już na opóźnianie odpowiedzialności (w obu przypadkach związanej z nadchodzącym ojcostwem bohaterów). Zarówno Jack jak i Adam (bohater filmu) reagują na tą sytuację spuszczeniem ze smyczy swoich demonów – ten pierwszy związanych niedokończonymi sprawami z ojcem, ten drugi o dużo poważniejszej, schizofrenicznej naturze. Obu pozostawiamy w momencie dla ich dalszych losów rozstrzygającym, przy czym przypadek Jacka rokuje tu zdecydowanie lepiej. I – tym razem – stanowi to różnicę na korzyść komiksu.

Stali czytelnicy bloga (cała trójka wybucha teraz śmiechem, przypomniawszy sobie o liczbie wpisów w ciągu niemal roku jego istnienia) mogli już zauważyć, że szczególnie ceni się tu twory (pop)kulturowe, które potrafią z tzw. pleneru uczynić jednego z bohaterów opowiadanej historii. Tak jak było to w przypadku Luizjany, zachodniego wybrzeża dystopijnej Ameryki czy posiadłości dotkniętej aktywnością zbuntowanej nastolatki. „Weldera” można spokojnie do tej listy dopisać – odbiór historii byłby zupełnie inny, gdyby działa się ona poza kanadyjską Nową Szkocją. Region ten postrzegany jest jako dość odrębny nawet wśród samych Kanadyjczyków (inna sprawa: a który nie jest?…cudowny kraj!) i Lemire gdzieś w tle, sugestywnie to oddaje. Krajobrazy są surowe, często poprzecinane deszczem, a w kadrach regularnie pojawiają się szerokie plany, akcentujące przestrzeń (mającą tu charakter wyraźnie alienacyjny). Rysunki są w zamierzony sposób niedbałe, lekko rozedrgane i często dość niewyraźne, by innym razem zaskakująco wyostrzyć się na jakimś szczególe. Zupełnie jak niezbyt stabilna percepcja głównego bohatera.

Inaczej wyglądają natomiast kadry rozgrywające się pod wodą. O ile w scenach związanych z samym miasteczkiem autor nie żałuje kresek i linii (wciąż jednak trzymając się uproszczonego sposobu rysowania), o tyle pod wodą dominuje cieniowanie i różne odcienie szarości. Przede wszystkim jednak przestrzeń pozbawiona jest tam wszelkich niemal detali. Nigdy nie byłem w Nowej Szkocji, możliwe, że tamtejsze dno oceaniczne faktycznie ma urodę wokółkołobrzeskiego Bałtyku, aczkolwiek większe pieniądze stawiałbym na to, że takie a nie inne jego przedstawienie jest celowym zabiegiem autora (jedno drugiego wykluczać zresztą nie musi). Chwile spędzone pod wodą są bowiem dla Jacka tak naprawdę jedynymi momentami spokoju (mimo, że bezpośrednie uzasadnienie przebywania tam jest w jego oczach inne), kiedy nierozpraszany może zamknąć się w swojej bańce, odcięty od „powierzchniowych” problemów, skupiony na sprawach związanych wyłącznie ze sobą. Ostentacyjnie minimalistyczny sposób portretowania podwodnego świata bardzo dobrze ten stan podkreśla.

A zatem – jeśli mielibyście w najbliższym roku sięgnąć po jeden tylko komiks, to z pełnym przekonaniem wstawiałbym się za tym właśnie tytułem. Niestety, z tego co się orientuję (pozdro, Marcin!) widoki na jego rychłe wydanie w naszym języku nie przedstawiają się szczególnie optymistycznie. Wersja oryginalna dostępna jest jednak w każdym z głównych polskojęzycznych online’owych sklepów zajmujących się dystrybucją komiksów zza oceanu. Jeśli więc tylko zdecydujecie się na ten minimalny wysiłek włożony w pozaempikowe poszukiwania, Underwater Welder zdecydowanie Wam to wynagrodzi.

uw1

 

 

 

 

Underwater Welder
Scenariusz i rysunki: Jeff Lemire
Wydawnictwo: Top Shelf Productions 2012
Polska wersja językowa: nie
Pokrewne sprawy: Opowieści z hrabstwa Essex (scen. i rys. Jeff Lemire, Timof Comics 2009), Karuzela Głupców (scen. i rys. Jason Lutes, Timof 2007), Enemy (2013, reż. Denis Villeneuve).
Ścieżka pod lekturę:

Pokusa, aby trzymać się kanadyjskiego kontekstu i zaproponować tu jakichś przedstawicieli tamtejszej sceny muzycznej jest wielka, tym bardziej, że jest to kraj wielu świetnych kapel – czy to undergroundowych (NoMeansNo, Career Suicide, Fucked Up, Submission Hold) czy tych mocniej flirtujących z mainstreamem (Arcade Fire!). Z opisywanym komiksem najlepiej jednak komponuje mi się powyższy kawałek bostońsko-kalifornijskiego ISIS (przynajmniej kontynent pozostał ten sam), zawarty na płycie, której faktycznie słuchałem przy jego lekturze (Panopticon). Są w nim obecne wszystkie kwestie, z których siłę czerpie dziełko Lemire’a – melancholia, obawa, zmęczenie, napięcie i eony przestrzeni. A nawet ten (nowoszkocki?) ocean.

„Strażnicy Galaktyki” – ‚something good, something bad? Bit of both?’

Ain’t no thing like me, except me.

– Peter Jackson Quill. He’s also known as Star Lord.
– Who calls him that?
– Himself, mostly.

Pomimo, że pod względami „formalnymi” komiksom dużo bliżej jest do sztuki filmowej niż literatury (wbrew popularnemu, deprecjonującemu skojarzeniu), to jednak z przełożeniem opowiadanych za ich pomocą historii na język własnego medium filmowcy mają permanentne problemy. Najbardziej cierpi na tym superbohaterszczyzna (w wersji papierowej pełna świetnych, dojrzałych opowieści), co głównie wynika chyba z tego, że dla definicyjnych jej elementów (odzianych w spandex koleżanek i kolegów latających po dachach w celu zwalczania zła i występku) wprawienie w ruch, obdarzenie głosem i prawdziwymi twarzami żywych ludzi jest trochę jak pstryknięcie palcami dla seansu hipnotycznego – wybudza, kończąc etap umowności i zabawy. Bez tego, w otoczeniu realnego świata, całe to kostiumowe zamieszanie jest jakieś takie, no… śmiesznawe.

Chętnym na dokonywanie takich międzygatunkowych transgresji potrzeba więc dobrego pomysłu i odpowiednich możliwości technicznych (to drugie można sobie darować, jeśli jest się Timem Burtonem), które miałyby szansę zagłuszyć ów uporczywy odgłos pstrykania. Ekranowi adaptatorzy przez długi czas pozbawieni byli zarówno jednego jak i drugiego. Zmianę przyniosła tu dopiero pierwsza dekada XXI wieku – z jednej strony, rozwój wspomnianych technologii pozwolił właścicielom praw do popularnych postaci na tworzenie produkcji wizualnie już nieżenujących, z drugiej – biznesowo pozbierał się Marvel (jedno z dwóch największych wydawnictw komiksowych w USA), powołując do życia swoją filmową odnogę.

(W tym momencie zaznaczyć należy, że proces tych zmian ku lepszemu gładko nie przebiegał, okupionym będąc okrutnymi ofiarami złożonymi z obiecujących filmowo postaci. Daredevil..! Elektra..! Ghost Rider..! CATWOMAN!!! Spoczywajcie w pokoju, kinoman pamięta.)

I dopiero ta „nowa fala” superbohaterszczyzny zaczęła w większych ilościach przynosić obrazy naprawdę udane – pierwsze części „X-Men”, oba Hellboy’e, „Watchmen”, „Kick-Ass” czy „The Dark Knight” są tu przykładami dość jednoznacznymi. Zauważcie, że wszystkie wymienione wywodziły się spoza Marvel Studios. W filmach „Domu Pomysłów” – technicznie już świetnych – wciąż coś, moim zdaniem, nie domagało. A to problemem był brak scenariusza („The Incredible Hulk”), a to nienajlepsze decyzje obsadowe (denerwujący Chris Hemsworth w „Thorze”), schematyzm (praktycznie każda postać „dorasta do bohaterstwa”. A potem nadchodzi „Avengers” i dorastają raz jeszcze, tym razem w sesji grupowej), nadmiar wysilonego luzactwa (dwa pierwsze „Iron Many”) czy regularnie nawracające fale patosu (wszystkie, ze szczególnym wskazaniem na „Kapitana Amerykę”).

avengers

I nie zrozumcie mnie źle, po kinie tego typu nie spodziewam się bergmanowskiego spojrzenia na stosunki pomiędzy Lokim a jego autorytarnym ojcem czy rewizjonistycznych manifestów, w których powojenny Steve Rogers gra w rosyjską ruletkę z ex-nazistami. Marvelowskie produkcje ogólnie złe nie były. Ale jednak wciąż coś (mnie) w nich uwierało i nie pozwalało w stu procentach napawać się dwiema godzinami uczciwie eskapistycznej, nieprzerywanej zniecierpliwionym przewracaniem oczyma, rozrywki.

Tego typu niewygody mam już na szczęście z głowy. Sierpień 2014 przyniósł albowiem „Strażników Galaktyki”.

(A dalsza część tego tekstu przyniesie – śladowe, ale jednak – spoilery)

Nad fabułą dziełka Jamesa Gunna nie ma się w zasadzie co rozwodzić – w ujęciu ogólnym jest dość standardową wariacją na temat (1.) pojawienia się Wielkiego Zła, (2.) niełatwego procesu formowania się ekipy, która ma z nim walczyć, (3.) pierwszych, w większości przegranych, potyczek z jego oddziałami. I w końcu (4.) Ostatecznej Konfrontacji, zwycięskiej, mimo wszelkich możliwych losu przeciwności. Czyli w zasadzie powielającą sporo z tego, co przed chwilą zarzucałem innym filmom. Twórcy „Guardians of the Galaxy” nasycili jednak ów schemat spójną koncepcją, która sprawiła, że zapominamy o wszystkich ewentualnych wtórnostkach i bezkrytycznie zagłębiamy się w opowiadaną przez nich historię.

Jednym z głównych, robiących różnicę zabiegów jest unikalne połączenie futurystycznej fantastyki z konwencją retro przełomu lat 70 i 80. Na najbardziej oczywistym poziomie oddaje to oparta na hitach tamtego okresu ścieżka dźwiękowa i ziemskie pamiątki przywódcy drużyny – Petera Quilla. Widok klasycznego kaseciaka zamontowanego pośród wyrafinowanych wykwitów pozaziemskich technologii czy zwiedzanie najdziwniejszych zakątków galaktyki w rytmach „Cherry Bomb” lub „Spirit in the Sky” znakomicie oswaja przedstawiany w filmie świat i buduje świetny, komfortowy dla jego odbioru klimat. Na poziomie bardziej ogólnym hołdem dla wspomnianych dekad jest w ogóle sam film, jednoznacznie odwołujący się do ówczesnych, ikonicznych przedstawicieli tzw. „kina nowej przygody”. Szalone tempo, dynamiczne zwroty akcji, nieprawdopodobne ewolucje i efektowne sceny walk – „Strażnicy Galaktyki” to w zasadzie współczesna wersja „Poszukiwaczy zaginionej Arki” czy innego „Powrotu do przyszłości”. Tyle, że teraz wszystko dzieje się w kosmosie (tak, tak, wiem, to było i w „Star Wars”). A pogłowie charyzmatycznych bohaterów przypadających na centymetr kwadratowy ekranu znacznie wzrosło.

guardians of the galaxy drax

To ostatnie, dość ryzykowne w swej konstrukcji zdanie, prowadzić ma do kolejnego z najmocniejszych elementów filmu – głównych bohaterów właśnie. Drużyna dobrana jest doskonale. Zgodnie z prawidłami gatunku każdy z jej członków reprezentuje odrębny zestaw umiejętności, dzięki którym idealnie się uzupełniają. Dodatkowo, wszyscy charakteryzowani są jedną, specyficzną dla siebie cechą, regularnie eksponowaną w różnych momentach filmu. Charyzmatyczny i cwany Quill (pokłony dla Chrisa Pratta, znanego dotychczas z zupełnie innego emploi) obsesyjnie zasłuchuje się więc w kasetach nagranych mu przez matkę, a zabójcza Gamora zmaga się z efektami swojej reputacji. Podobnie jest z innymi – preferującego bezpośrednią konfrontację Draxa napędza oślepiające pragnienie zemsty (i zupełne nierozumienie metafor), będący technicznym geniuszem Rocket to cięty język i dość specyficzne poczucie humoru, a mający tendencje do zaskakiwania swoimi możliwościami (w najlepszych ku temu momentach) Groot jest typem o dość wstrzemięźliwym stosunku do zdań wielokrotnie złożonych.

Guardians of the Galaxy team photo

Daje to dwa istotne dla oceny filmu efekty. Z jednej strony wiąże nas z postaciami, pozwalając równocześnie uniknąć przegadanRocket_Raccoon_GotGia którejkolwiek z nich (dla dwugodzinnego filmu o dość licznej drużynie to trik kluczowy), z drugiej – owocuje niemal mimowolnym (na poziomie odbioru przez widza) pogłębieniem profili bohaterów. Dobrze widać to na przykładzie Rocketa – zabawnego, sprytnego, mającego najlepsze linijki dialogowe. Ale też zgorzkniałego, prowokacyjnie zadziornego i generalnie raczej mało stabilnego, co jasno sugeruje problemy stworzenia, które wyraźnie nie jest na swoim miejscu i każdy dzień mu o tym przypomina. Widz pozostaje więc zaciekawiony a scenarzyści mają wolną rękę dla przyszłego pogłębienia wątku, jeśli uznają to za stosowne. I tak jest z każdym z członków drużyny. Proste? Proste. Ale działa.

Działa też celowe i ostentacyjne unikanie patosu, tej zmory podtruwającej większość superbohaterskich tworów filmowych. Wszystkie momenty, w których mogłaby ona zza węgła wychynąć, są w „Strażnikach…” prewencyjnie pacyfikowane – zwróćcie choćby uwagę na znany z trailerów moment identyfikacji Starlorda, drobne gesty towarzyszące postaciom w scenie prezentacji drużyny (do bólu teoretycznie oklepanej) czy całkowicie surrealistyczny, „ostateczny cios” zadany Ronanowi przez Quilla.

Jeśli ten zerwany ze smyczy entuzjazm wydawałby się Wam wręcz podejrzany, to teraz nadchodzi czas na Akapit Balansu. Otóż: film idealny nie jest, wady odnotowano. Największą z nich jest postać głównego Złego, Ronana Oskarżyciela (mhm..). Nieprzekonująca, z głupkowato mglistymi motywacjami, grozę budująca za pomocą pojedynczego gestu mimicznego, obowiązkowo zepsutego uzębienia (czy co mu się tam z ust ulewa) oraz polipu na strunach głosowych. Ach, no i służyć ma też temu kwatera główna, stylem wystroju bogato czerpiącą z estetyki przeciętnej jaskini, z urozmaiceniem w postaci kamiennego tronu pośrodku. Jak widać, nie w każdym punkcie udało się uniknąć klisz i kalek.

Guardians of the Ralaxy Ronan

Ale „Poszukiwacze zaginionej Arki” też mieli wady – i co z tego? Każdy z nas oglądał po 12 razy, a duża część uwielbia do dziś. Trudno mi aktualnie powiedzieć, czy ze „Strażnikami Galaktyki” będzie podobnie – zapewne nie, z wielu powodów, również (przede wszystkim?) pozafilmowych. Zupełnie natomiast nietrudno mi ich Wam serdecznie polecić, o ile jakimś cudem jeszcze nie widzieliście. Jeżeli lubicie komiksy, superbohaterszczyznę, błyskotliwy (acz nieprzeintelektualizowany) humor i Indianę Jonesa – na 99% będziecie się dobrze bawić. Jeśli natomiast wartości związane z rozrywką wywodzicie z innych źródeł, wówczas – fakt – takie prawdopodobieństwo spada. Do procent mniej-więcej 95-ciu.

Gamora-Quill-Guardians-of-the-Galaxy

Guardians of the Galaxy („Strażnicy Galaktyki”)
Reżyseria:
James Gunn
Rok produkcji: 2014
Pokrewne sprawy: wszystkie części Indiany Jonesa (z wyjątkiem czwartej), Powrót do przyszłości I-III (1985/89/90, reż. Robert Zemeckis), pierwsza (chronologicznie) trylogia Star Wars, Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003, reż. Gore Verbinski), The Lego Movie (to nie żart, to jedno z większych zaskoczeń tego roku) (2014, reż. Phil Lord, Christopher Miller).
Ścieżka na poseans:

Generalnie, w oderwaniu od samego filmu (gdzie, jak wspominałem wyżej, sprawdzają się idealnie), dźwięki składające się na „Awesome Mix Vol. 1” to raczej nie moja „cup of tea” – ale o The Runaways wspomnieć warto. Z tego choćby powodu, że była to bodaj pierwsza w pełni kobieca kapela zajmująca się szeroko rozumianym „rockiem”. Konkretnie punk rockiem, którego łoiły całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoicie, w takiej np. Japonii (gdzieżby indziej) zdobywając nawet dość kultowy status (doczekały się też filmu). Wokalistkę kojarzycie pewnie z dalszej, solowej już kariery, kiedy tworzyła hiciory takie jak ten lub tamten.

Single Shot: Armia „Opowieść zimowa”.

Nie mogę Ci nic powiedzieć
Nie mogę Ci nic powiedzieć

Do niektórych płyt trzeba dojrzeć. Zanim skomentujecie to odkrywcze zdanie lekceważącym prychnięciem, pozwólcie, że skonkretyzuję je nieco za pomocą najnowszego, życiowego przykładu. Otóż: Armia, „Legenda”, rok wydania 1991. Przy drugim, na oko 15 lat starszym od premierowego, podejściu okazuje się, że jest to album faktycznie genialny (zdaje się, że byłem jednym z ostatnich rezydentów tutejszej szerokości geograficznej, który z tym polemizował). A syntezą tego geniuszu, jego na torcie gigantycznym kawałem wiśni, jest ten utwór:

Zaczyna się on niby klasycznym punkowym pierdolnięciem (wybaczcie słowo, ale pisanie w tym kontekście o „uderzeniu”, „mocnym wejściu” czy innym „ostrym otwarciu” byłoby komicznie szczerbate), lecz w momentach dla riffu kulminacyjnych, podkreślanych płaską, dzwoniącą gitarą, słychać już, że coś tu będzie inaczej niż zwykle. Że będzie klimat.

Klimat, dodajmy, dość podniosły, ale w sposób, w jaki podniosły może być tylko ostatni kwadrans przed uderzeniem odpowiednio dużego meteoru lub nadejścia innej formy Fundamentalnej Zmiany, Po Której Nic Już Takim Samym Nie Będzie. Ściana bezlitośnie nieprzenikalnych dźwięków, uniemożliwiająca wytchnienie galopada rytmu i rzecz, która mnie osobiście za każdym razem przyprawia o ciarki na plecach – refrenowe sprzężenie (nie wiem czy to fachowa nazwa) gitary, pełniące tu funkcję, hmm… zawodzenia? Ekspresji jakiegoś subtelnego, pogodzonego ze swym losem, ale mimo wszystko – żalu? Jakich metafor by tu nie składać, dźwięk ten – bardzo w sumie prosty – niesamowicie pogłębia wymowę całości.

Zresztą, sami sprawdźcie, o czym mowa.
(i jeśli macie pod ręką słuchawki, to koniecznie załóżcie).

Istotny dla całej atmosfery jest tu również tekst i zdecydowane brzmienie wokalu. Osobiście daleko mi do fascynacji ówczesnymi gnostyczno-poetyckimi klimatami Budzyńskiego (a jeszcze dalej do późniejszych jego skrętów), jednak w tej akurat piosence – na tej płycie! – to działa. Ciąg dramatycznie wykrzykiwanych, nie mających pozornie większego sensu sentencji przypomina (szczególnie w zwrotkach) jakiś rozpaczliwy egzorcyzm, rytuał mający uchronić przed Złym i – jeśli się nie uda – należycie przygotować na nadejście Ostatecznego. A kulminacja kawałka, z całym tamtejszym natłokiem smyczków (?), dęciaków, klawiszy, dzwonów, to chwyty jednoznacznie już apokaliptyczne.

Innymi słowy – kawał rewelacyjnej, świadomie skonstruowanej muzyki, pokazujący przy okazji jak pojemną, wbrew pozorom, konwencją jest szeroko rozumiany punk rock. Nie ukrywam, że bezpośrednią przyczyną mojego ponownego podejścia do „Legendy” była świeżo zakończona lektura autobiografii Brylewskiego, którą wypadałoby tu również mocno polecić. Czyta się jednym tchem, a przy okazji można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy dotyczących powstawania i produkcji „Legendy”, np. teorii „dźwięków siódmego planu” czy tego, że to refrenowe sprzężenie, którym się tak wyżej ekscytowałem, jest w sumie efektem przypadku. Między innymi, bo książka jest jednak przede wszystkim bardzo dobrym wywiadem z kluczową postacią ambitniejszej odmiany tutejszej sceny muzycznej ostatniego 30-lecia (z okładem). I, jak się przy tym okazuje, całkiem niegłupim człowiekiem.

Do lektury więc, chłopcy i dziewczęta! A soundtrack pod nią lepszy niż armijna „Legenda” wyobrazić sobie naprawdę trudno. (…chyba, że wyobraźnia podsunie nazwy takie jak „Kryzys”, „Brygada Kryzys”, „Izrael”, „Falarek Band”, „Świat Czarownic” czy „The Users”:)

Opowieść zimowa
Grupa: Armia
Album: Legenda
Skład: Tomasz Budzyński, Robert Brylewski, Piotr Żyżelewicz, Dariusz Malejonek, Krzysztof Banasik, Sławomir Gołaszewski
Rok wydania: 1991

Ps. Jestem świadomy istnienia wszystkich interpretacji „Opowieści zimowej” opartych na odniesieniach do nocy św. Łucji, 13.12.1981, wspomnianym wcześniej gnostycyzmie czy innych (do których piosenka daje masę pretekstów). Celowo je tu jednak pominąłem, skupiając się wyłącznie na własnych, neofickich wrażeniach.

‚Woroszyłowgrad’. Fan-made trailer.

Dzisiaj wworoszyłowgradpis innego rodzaju – rozgrzewka przed pełnowymiarową wrzutką na temat ostatniej książki Serhija Żadana, o niczego nieułatwiającym tytule „Woroszyłowgrad”. Jeśli idzie o współczesnych pisarzy/pisarki, to Żadan gra w lidze tych najbardziej przeze mnie cenionych, z powodów, które postaram się przybliżyć w najbliższej notce właśnie. Nie jestem jednak pewien czy to samo uda mi się zrobić z opisem specyfiki jego stylu (żadanowszczyzny?) – bazującego na zrywających się ze smyczy metaforach, niepodrabialnym poczuciu humoru (dla którego równie charakterystyczne są momenty głośnych parsknięć jak i nadchodzącej sekundę później refleksji) oraz umiejętności tworzenia zdań lekkich, błyskotliwych, wielokrotnie przy tym jednak złożonych.

Bardzo bym chciał, żeby, mimo wszystko, wątek ten Was nie ominął. Dlatego też dzisiejsza ćwierćnotka dostarczy materiału z pierwszej ręki – rzućcie sobie otóż okiem na poniższy zestaw wybranych (raczej losowo niż celowo) cytatów z książki. Jeśli między Wami zaiskrzy – zapraszam do następnego, nienarodzonego jeszcze wpisu. A w międzyczasie do sięgnięcia po którąś z powieści Serhija – ze szczególną rekomendacją w kierunku ostatniej lub – mojej ulubionej – „Depeche Mode” (tak, tak właśnie brzmi tytuł).

„Był maj, utrzymywała się ciepła pogoda, podwórko zarastało trawą. Czasami w nocy z ulicy przychodziły czujne pary i kochały się na ławce zaścielonej starymi dywanikami. Czasami nad ranem ochroniarze z banku siadywali na ławce i kręcili jointy długie jak majowe poranki. W ciągu dnia przybiegały uliczne psy, obwąchiwały wszystkie te ślady miłości i, zakłopotane, z powrotem wybiegały na główne ulice miasta. Słońce wstawało akurat nad naszym domem”.

„Sen już odszedł, jednak poczucie pewności nie zajęło jego miejsca. Nawet nie otwierając oczu, domyślałem się, w czym rzecz i co stało przede mną, dysząc piekielnym żarem. A stał przede mną, wprost przy moim fotelu, ciężki i gorący niczym sierpniowe powietrze Ikarus. Tego zapachu nie można z niczym pomylić, tak czuć trupy po zmartwychwstaniu”.

„Parę lat temu Bora, martwiąc się o nasz żywot i pamiętając beztroską studencką młodość, zaproponował, żebyśmy pracowali z nim razem w administracji. (…) Pracowaliśmy więc razem. (…) Redagowaliśmy czyjeś przemówienia, prowadziliśmy seminaria dla młodych liderów i treningi dla obserwatorów wyborczych, układaliśmy programy polityczne dla nowych partii, rąbaliśmy drewno na daczy Bolka, w telewizyjnych talk-show broniliśmy demokracji i praliśmy, praliśmy, praliśmy kasę, która przechodziła przez nasze konta. Na mojej wizytówce napisane było „niezależny ekspert”. Po roku takiej pracy kupiłem sobie wypasiony komputer, a Lolek poobijanego volkswagena. Mieszkanie wynajmowaliśmy z Lolkiem na spółkę. Bora często przychodził do nas w gości, siadał na podłodze (…), brał telefon i dzwonił do prostytutek. Krótko mówiąc, normalny korporacyjny duch”.

„- Herman – zapytał – co byś zrobił, gdybyś nagle miał dużo pieniędzy? Powiedzmy, milion – rzucił hojnie.
(…)
– Kupiłbym sobie dom w Afryce.
– Po co Ci dom w Afryce?
– Zawsze chciałem mieszkać w kraju, gdzie nie ma rasizmu.
– Jasne – kiwnął głową Ernst – A wiesz, co ja bym zrobił?
– Co?
– Kupiłbym samolot. I wznowiłbym połączenia lotnicze.
– Po co? – nie zrozumiałem.
– Dlatego, że bez problemu mogę mieszkać tam, gdzie jest rasizm. Ale w mieście, w którym nie ma lotniska, mieszkać nie mogę.”

„Wyglądał kolorowo, jego łysina miała odcień delikatnie różowy, a w okularach stawał się podobny do szalonego chemika, który właśnie wynalazł alternatywną, ekologicznie czystą kokainę i przeprowadzał na sobie eksperymenty. I badania te dały wynik pozytywny”.

„- Ona przecież przed dwunastą nie wracała. Z tego swojego baru.
– Pracowała w barze? – zapytałem.
– Dlaczego pracowała? – zdziwił się Kocza – Bracie, u nas to nie jest przyjęte, u nas się o rodziców dba, do pracy nie chodzą, co ty.”

„Chociaż co dobrze? Mam trzydzieści trzy lata. Od dawna, szczęśliwie, mieszkałem sam, z rodzicami widywałem się rzadko, z bratem utrzymywałem normalne stosunki. Miałem nikomu niepotrzebne wykształcenie. Pracowałem nie wiadomo z kim. Pieniędzy starczało mi dokładnie na to, do czego się przyzwyczaiłem. Na nowe przyzwyczajenia było już za późno. Wszystko mi pasowało. Tydzień temu znikł mój brat. Znikł i nawet nie uprzedził. Według mnie miałem udane życie”.

„Odnalazłem wszystkich dawnych znajomych, wszystkie swoje stare miłości, wszystkich nauczycieli i wrogów. Dawni znajomi szczerze cieszyli się z mojego powrotu i na tym się skończyło. Stare miłości poznawały mnie ze swoimi dziećmi i przypominały o niewidzialnym upływie czasu, który czyni nas mądrzejszymi, choć do mądrości musi koniecznie dodać cellulit. Nauczyciele prosili o życiowe rady, a wrogowie o pożyczenie jakiejkolwiek sumy, by móc kontynuować swe, ogólnie mówiąc, nikczemne czynności życiowe. Życie – rzecz okrutna, ale sprawiedliwa. Chociaż czasami po prostu okrutna.”

Serhij Żadan „Woroszyłowgrad”. Czarne, 2013.

(Ukłony oczywiście dla tłumacza, który w „Woroszyłowgradzie” po raz kolejny wykonał z prozą Żadana fantastyczną robotę. A imię jego – Michał Petryk)