Już razem, ale wciąż osobno. Jagielskiego dyptyk o RPA.

‚Albo przeżyjemy wszyscy, albo wszyscy zginiemy’ – krzyczał wielkimi czerwonymi literami tytuł z gazetowej czołówki.

Nic nas nie pokona, jeśli będziemy żyć w zgodzie. Najlepsze życzenia urodzinowe śle personel więzienia Pollsmoor.

jagielski wypalanie„Wypalanie traw” i „Trębacz z Tembisy” są najlepszymi pozycjami w dotychczasowej bibliografii Wojciecha Jagielskiego. Zdanie takie ma swoją wagę, gdyż jego akurat dorobek na brak świetnych reportaży nie cierpi – wystarczy wspomnieć „Modlitwę o deszcz” czy „Wieże z kamienia”, że wyliczę tylko te, które miałem okazję czytać. Różnica jest taka, że dwie ostatnie książki pisane są, hmm… z dala od warunków bojowych. Jagielski jakiś czas temu zrezygnował z zawodu korespondenta wojennego na rzecz aktywności nieco spokojniejszych (o przyczynach tego kroku dość wyczerpująco opowiada wydana niedawno książka jego żony, Grażyny, oraz dostępne tu i ówdzie wywiady). Przedtem jednak (a może to jest właśnie istota zmiany?) postanowił przejrzeć stare notatki, uporządkować wątki zawarte w swoich dawnych relacjach i poprzeglądać nadgryzione wcześniej historie. I być może idę tu w lekką nadinterpretację, ale właśnie ten dystans, oddalenie od linii ognia, okazało się dla jego twórczości odświeżająco korzystne.

jagielski trębaczAle zanim o tym, to może najpierw o samych książkach. Obie traktują o Republice Południowej Afryki, meandrach jej historii  i zmianach, jakie kraj ten przechodził w ciągu ostatniego półwiecza (z okładem).  Nie chodzi tu oczywiście o suchy opis socjohistorycznych faktów, narracja – zgodnie z najlepszymi tradycjami literackich reportaży – opiera się na opowieściach o konkretnych ludziach, których autor spotyka na miejscu i czyni bohaterami swoich książek. Poznajemy więc historie ich życia, codzienne radości i troski, sposoby na funkcjonowanie w rzeczywistości poprzecinanej wyrazistymi granicami i na tle Wielkiej Historii przetaczającej się po ich podwórkach. Bohaterów Jagielski dobiera w sposób bardzo przemyślany. W obu tytułach mamy do czynienia z postacią główną – osobowością znaną powszechnie, wywierającą realny wpływ na życie swojego kraju – której perypetie są osią fabuły i wokół której koncentrują się historie postaci drugoplanowych (choć jeśli czytaliście już którąś z tych książek to wiecie, że nie jest to określenie sprawiedliwe). Nadaje to całemu reportażowi odpowiedniej głębi, każde przełomowe wydarzenie mamy bowiem szansę oglądać zarówno z perspektywy „mainstreamu” (rozumianego jako punkt widzenia kreatorów głównych nurtów południowoafrykańskiej polityki) jak i szeregowego jego uczestnika czy jednostki, na którą wywarło bezpośredni wpływ.

etb

W „Wypalaniu traw” bohaterem spajającym fabułę jest Eugene Terre’Blanche – samozwańczy władca burskiego miasteczka Ventersdorp i bezwzględny strażnik segregacyjnego porządku nawet po jego formalnym upadku. Postać z jednej strony tragiczna (na swój sposób), z drugiej – groźna i groteskowa (w tym typie osobowościowym połączenie nierzadkie). Filarem „Trębacza z Tembisy” jest z kolei Nelson Mandela (tutaj opis sobie daruję), czyli mieszkaniec najdalszych zakątków przeciwległej barykady. Już sam taki dobór narracyjnych punktów granicznych odsłania ambicje autora, aby ukazać racje i punkt widzenia każdej ze stron południowoafrykańskiej rzeczywistości. Co udaje się bardzo dobrze – Jagielski unika uproszczeń, wystawiając na próbę nasze stereotypowe rozumienie wydarzeń tamtej części świata.

Jak jednak wspomniałem wcześniej – to postaci teoretycznie drugoplanowe są miąższem pisarstwa Jagielskiego i to one ustawiają, zagęszczają i mnożą konteksty wydarzeń, które nam on przedstawia. Od Tommy’ego Lerefolo – byłego szeregowego bojownika o prawa czarnej większości, dla którego okazało się, że „zwycięstwo, o które walczył, (…) należało do wszystkich. Także do tych, którzy niczego się nie domagali, na wszystko godzili, byli dobrymi czarnuchami” – dowiemy się o gigantycznych pokładach goryczy wśród teoretycznych zwycięzców. Losy zuluskiego wodza Mangosuthu Buthelezi czy Raymonda Boardmana – potomka angielskich farmerów, postrzeganego jako wróg zarówno przez afrykanerów (bo Anglik i sprzeciwiający się apartheidowi „przyjaciel czarnych”) jak i tubylców (bo biały i farmer) – zwrócą naszą uwagę na to, że stron w tamtejszych sporach było/jest więcej niż dwie, które dostrzegamy z perspektywy Europy. Król południowoafrykańskich kibiców (tytuł oficjalny!) i domniemany wynalazca wuwuzeli, Freddie „Saddam” Maake uświadomi, że walka walką, ale dzień powszedni trzeba sobie też jakoś organizować (żeby przeżyć) i urozmaicać (aby nie oszaleć i nie poddać się rozpaczy). Jagielski stara się nie pominąć żadnego reprezentanta rzeczywistości, którą opisuje, takich świadectw, wątków i punktów widzenia jest więc w obu książkach dużo więcej. Obok waloru czysto poznawczego sprawia to, że czyta się je niczym najlepsze powieści. I podobnie jak one – wciągają straszliwie.

mandela2

I to chyba właśnie położenie (jeszcze) większego nacisku na ową literackość reportaży czyni główną różnicę między Jagielskim „azjatyckim” a „południowoafrykańskim”. Oczywiście była ona u niego obecna i na „wojennym” etapie kariery – mocne związki z literaturą są zresztą charakterystyczne dla całej tzw. polskiej szkoły reportażu, z Kapuścińskim na czele. Jednak zarówno „Trawom” jak i „Trębaczowi” – z ich wielowątkową fabułą, zaburzeniami chronologii narracyjnej, wyrazistymi bohaterami i bogatym opisem zróżnicowanych motywacji nimi kierujących – dużo bliżej do rasowej powieści niż do klasycznego reportażu. Wrażenie to pogłębia obecność takich problemów jak rozważania na temat natury dziennikarskiego powołania oraz pasji – zjawiska mającego moc zmiany ludzkiego życia (a czasami i świata), ale też wystawiającego wysokie rachunki za konsekwentne się jej poświęcenie (jeden z ważniejszych kluczy interpretacyjnych „Trębacza z Tembisy”). Jagielski odważniej niż miał to dotychczas w zwyczaju przekracza granicę między reportażem a powieścią, a mam wręcz wrażenie, że kwestionuje sam sens jej wyznaczania. Można dyskutować czy ewolucja ta jest zasługą dystansu czasowego, geograficznego czy (przede wszystkim) życiowego, który autor ostatnimi czasy sobie narzucił. Kwestia to jednak mocno drugorzędna. Liczy się co innego – świetnie się to czyta, a po skończonej lekturze człowiek czuje się mądrzejszy. I jak dla mnie to najlepsza rekomendacja dla tego segmentu – zdecydowanie już – literatury.

Jeśli więc w jakiś sposób interesujecie się Republiką Południowej Afryki i tym, co się tam działo (i dzieje nadal), to zarwana za sprawą lektury nocka jest właściwie pewna. Jeśli ten rejon świata nieprzesadnie was dotychczas zajmował, to, po pierwsze – całkiem możliwe, że teraz zacznie, a po drugie – i tak nieraz położycie się później niż planowaliście. W tym przypadku jednak sińce pod oczami nosić będziecie ze sporą satysfakcją.

Wypalanie traw (2012)
Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli (2013)
Autor: Wojciech Jagielski
Wydawnictwo: Znak
Pokrewne sprawy: oczywiście Ryszard Kapuściński (szczególnie „Gdyby cała Afryka”, „Heban” i „Szachinszach”), ale też Cry Freedom (1987, reż. Richard Attenborough), Tsotsi (2005, reż. Gavin Hood), Dystrykt 9 (2009, reż. Neil Blomkamp)
Ścieżka pod lekturę:

Jak widać, echa walki czarnej mniejszości z apartheidem i wybuchu powstania w Soweto docierały również do Polski i niektórych przedstawicieli ówczesnego nadwiślańskiego udergroundu muzycznego. Za czasów swego istnienia (1985-87) R.A.P. nie nagrał niestety pełnowymiarowego, studyjnego materiału, mocno jednak polecam „pośmiertną” ich płytkę „Follow The Sun” (1998, wyd. Zima/ Radiostacja Gliwicka/ NiktNicNieWie) – to jeden z najlepszych tutejszych regałowych albumów ever!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s