Sex, drugs and stock exchange. ‚Wilk z Wall Street’ Martina Scorsese.

So money doesn’t just buy you better life, better food, better cars, better pussy – it also makes you a better person. You can give generosity to the church or political party of your choice.

Ok, walking is out...

Czas już chyba oficjalnie rozmyślać nad jakąś chwytliwą nazwą nowego filmowego, hmm… nurtu? Zjawiska? W kategorii Reżyserów Mających Na Koncie Przynajmniej Jeden Wart Uwagi Film zapanowała albowiem moda, aby mierzyć się z nowoczesnymi, w ich mniemaniu, formami kina i nakręcić „Pulp Fiction” naszych czasów. Albo przynajmniej jakiś „Przekręt”. Z elementami „Trainspottingu”.

train1

Zaczęło się, o ile dobrze kojarzę, od Andrew Dominika, reżysera genialnego „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” (zwrot „genialny” nie jest tu figurą retoryczną, to jest autentycznie jeden z lepszych filmów jakie widziałem) i jego kolejnej produkcji „Zabić, jak to łatwo powiedzieć” („Killing Them Softly”, 2012). Potem z szafy wyszedł Oliver Stone, którego wyraźnemu kryzysowi formy kres miało położyć młodzieżowe „Savages” (2012). Kwartał później, Martin McDonagh, autor błyskotliwego „In Bruges” (polski tytuł bojkotuję celowo), zaprezentował światu „7(-miu) psychopatów” („Seven psychopats”, 2012)… Dwutysięczny dwunasty – to był taki właśnie rok. A wraz z nadejściem kolejnego, na zmiennika w tej dziwacznej sztafecie wyznaczył się – argh! – Martin Scorsese:

Okrzyk, który wyrwał mi się w zdaniu poprzednim, to dźwięk przedpremierowego niepokoju. Wszystkie bowiem wymienione wcześniej dzieła przed seansem zapowiadały się co najmniej nieźle (bo reżyser, bo obsada), aby w jego trakcie okazywać się albo po prostu słabymi („7 psychopatów”) albo bożesztymójdlaczegóżpocóż-słabymi (pozostałe). W tym miejscu ewentualne wątpliwości należy więc jednoznacznie rozwiać: z całej tej plejady to właśnie „Wilk z Wall Street” jest filmem zdecydowanie najlepszym. Niestety, nie oznacza to, że jest filmem dobrym. Jest niezły, ale nic ponadto.

wilk2Jak zapewne tu i ówdzie już wyczytaliście, opowiada on, opartą na wspomnieniach autentycznej postaci, historię Jordana Belforta – człowieka obdarzonego naturalną charyzmą, gigantycznym talentem oratorsko-sprzedażowym i osobowością, którą bezwyjątkowo, przynajmniej do pewnego momentu, ujmuje otoczenie. Do tego chłopak jest ambitny, a w USA późnego Reagana jedynym godnym rozpoczęcia kariery miejscem jest dla takich jednostek Wall Street. Udaje się tam i młody Jordan, dość łatwo otrzymując stanowisko „connectora” (kogoś w rodzaju asystenta maklera), na którym błyskawicznie przyswaja zasady rządzące branżą oraz to, że są one zupełnie inne od tego, co mu się wcześniej na ich temat zdawało (pokłony dla Matthew McCounaughey’a za mentorski epizod!). „Inne” nie oznacza jednak „trudniejsze”, „rozczarowujące” czy „mniej akceptowalne”. Przeciwnie – talenty Jordana okażą się tam idealnie pasować, rozkwitną wręcz, nie zważając na przejściowe problemy typu „czarny poniedziałek’87” czy rosnące zainteresowanie organów ścigania jego kreatywnością. A nam dadzą okazję do niemal trzygodzinnego śledzenia transformacji głównego bohatera w tytułowego wilka i szczegółów jego drapieżniczego żywota: dzikich imprez, ryzykownych operacji finansowych, niewyobrażalnych luksusów, niezliczonych kobiet, kilogramów kokainy (i innych, mniej lub bardziej rozpoznawalnych substancji), specyficznego życia rodzinnego czy potyczek z agentem Denhamem.

Domeną pierwszej części tego wpisu była mała erupcja sceptycyzmu, więc teraz może o tym, co w filmie jest bezwzględnie dobre.wilk3 Dobre są postaci drugoplanowe – menażeria (wataha?), z którą Belfort zakłada swój biznes jest, hmm… jedyna w swoim rodzaju. Odgrywający ją aktorzy stanęli przed trudnym zadaniem wykorzystania kilkuminutowej obecności na zaprezentowanie się w sposób odpowiednio groteskowy, nie puszczając się przy tym całkowicie poręczy autentyzmu – w końcu musimy, jako widzowie, choć trochę uwierzyć, że w tym szaleństwie była metoda, która prowadziła na szczyty. I chyba wszyscy drugoplanowcy radzą sobie z tym wyzwaniem co najmniej dobrze, a Jonah Hill, Jon Bernthal czy wspomniany wcześniej Matthew McCounaughey – wręcz świetnie. Dobry jest też montaż – szybki, dynamiczny, efektownie wykorzystujący szerokie plany. Udane są dialogi, muzyka i niektóre sceny imprezowe – te pierwsze zabawne, ta druga udanie dopasowana do akcji, te ostatnie – imponujące rozmachem.

Ale niezaprzeczalnie największym atutem „Wilka…” jest Leonardo DiCaprio. Jest tak dobry, że aż wydzielę mu osobny akapit, ryzykując, że zaraz przyśniecie albo uciekniecie na fejsa. Leo dosłownie staje się Jordanem, idealnie łącząc proporcje narcyzmu, czaru, przebiegłości, pychy, ogólnego życiowego wyluzowania i szczypty zaskoczenia tym, że praktycznie wszystko mu się udaje (pole do popisu poszerza mu przyjęty w filmie sposób narracji, polegający na bezpośrednim zwracaniu się do widza). Po oglądnięciu filmu ciężko sobie wyobrazić, żeby rzeczywisty Belfort nie mógł mieć twarzy, gestów i cynicznego uśmiechu DiCaprio. Działa to i na odwrót – oglądając  „Wilka…” zapominamy o poprzednich wcieleniach Leo, co w przypadku tego akurat aktora najdobitniej świadczy o jakości pracy, jaką tu wykonuje. Współpraca ze Scorsese wyraźnie mu służy i pewnie, za piątym podejściem, dostanie w końcu tego Oscara. Według mnie – jak najbardziej zasłużenie (edit: nie dostał).

wilk1

Mimo wszystkich powyższych atutów, „niezły” to wszystko, na co mogę się zdobyć w kontekście tego filmu. Główną jego przypadłość stanowi fakt, że jest o niczym, mimo, że wyraźnie widać, że o czymś jednak być chciał. Niektóre fragmenty (wątek zakładania firmy, przemowy motywacyjne Jordana, poczciwy agent Denham, końcowe sceny rodzinne) dają odczuć, że miała to być satyra (bo „moralitet” to już chyba zbyt daleko idąca spekulacja) ukazująca wirtualne mechanizmy, na jakich opiera się Wall Street oraz to, że stoją za tym wszystkim raczej bezczelne cwaniaczki niż demoniczni Gordonowie Gekko. I tak by prawdopodobnie było, gdyby Scorsese nie uległ czarowi momentu, w którym zdał sobie sprawę, że on – 70-cio latek! – potrafi kręcić efektowne, imprezowe sceny. Na tyle, że żadnej z nich nie usunął i nie skrócił (przynajmniej takie jest wrażenie), przez co tracą one z biegiem czasu swój ewentualny, metaforyczny potencjał. Zamiast zwracać uwagę na to, że jedynym aspektem życia, który ma dla głównych bohaterów faktyczne znaczenie są szalone bibki (który to przekaz, mam wrażenie, reżyserowi jednak po głowie chodził), staje się „Wilk…” po prostu owych bibek i  związanych z nimi anegdot zapisem. Są one sednem, sensem i głównym filarem fabuły. A jeśli coś źle odczytałem i nowa produkcja Scorsese od początku miała być niczym więcej niż tylko „Projektem X” dla widowni 30+, to na tym polu banku również nie rozbija – fantazyjne ekscesy bohaterów z czasem powszednieją i robią się po prostu monotonne (dla filmu o epickim imprezowaniu efekt lekko śmiertelny).

Więc tak: oglądnąć można, ale – trzymając się tutejszej poetyki – nocki przez „Wilka…” raczej nie zarwiecie. Nie jest on na pewno taką sensacją, na jaką wskazywałyby różnorakie, medialne doniesienia (na opisy inne niż „Scorsese w życiowej formie!” natknąć się naprawdę trudno). A jeśli na przykład kwestie budżetowe (lub brak czasu, lub jeszcze inna złośliwa sytuacja) postawiłyby Was przed dylematem wyboru jednego tylko kinowego seansu w tym miesiącu, to wg mnie – w kategoriach czysto filmowych – lepszą decyzją będzie na przykład nowy Smarzowski. Ale to już wątek na osobną notkę.

„Wilk z Wall Street” („The Wolf of Wall Street”)
Reżyseria: Martin Scorsese
Rok produkcji: 2013
Pokrewne sprawy: Przekręt („Snatch” 2000, reż. Guy Ritchie), cokolwiek Tarantino, Trainspotting (1996, reż. Danny Boyle), Projekt X (2012, reż. Nima Nourizadeh), Wall Street (1987, reż. Oliver Stone), EKG – ekonomia, kapitał, gospodarka (TOK FM, codziennie o 9:00).
Ścieżka na poseans:

Najbardziej trafny będzie chyba, dawno niesłyszany, kawałek ze wspomnianego na początku „Trainspottingu”. Poza tym, że jest to film, na tle którego wyraźnie widać, co się w „Wilku…” nie udało, to i sam Iggy swoim regularnym przekraczaniem norm na trudnym odcinku hedonistycznym mógłby zawstydzić dowolnego Belfotra. I wciąż jest w branży!

Reklamy

One thought on “Sex, drugs and stock exchange. ‚Wilk z Wall Street’ Martina Scorsese.

  1. Ciekawa i trafna uwaga, że ta rola Leonardo DiCaprio na chwile wymazuje poprzednie wcielenia aktora. Jednak film – bez zbędnych wyjaśnień – nudnawy, prosty, operujący oczywistościami, blichtrem, kilka ziewnięć i naprawdę tylko dwie sceny z chichotem. Za to ciekawi mnie, czy autor bloga widział „American Hustle”? Tam jest opowiadana taka historia bez zakończenia, chyba że zakończenie przeoczone przeze mnie… I tego właśnie chciałam się też dowiedzieć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s