„True Detective”, czyli piekło to inni (ludzie).

It was all the same dream. A dream that you had inside a locked room. A dream about being a person. And then like a lot of dreams, there’s a monster at the end of it.

– This place is like somebody’s memory of a town, and the memory is fading. It’s like there was never anything here but jungle.
– Stop saying shit like that. It’s unprofessional.

 True Detective logo

Jeżeli w ostatnich tygodniach uwaga Wasza nie była pochłonięta decydującymi etapami projektu wynalezienia teleportu, wydestylowania usuwającego nowotwory preparatu czy innymi, wymagającymi całkowitego poświęcenia, samotniczej pracy i nierozpraszania się błahostkami, zajęciami, wówczas na pewno słyszeliście o najnowszym osiągnięciu telewizji HBO na odcinku serialowym – „True Detective” („Detektyw”), z Woody Harrelsonem i Matthew McConaughey’em w rolach głównych. Mówili o nim Wasi znajomi z pracy i ci od pitego po niej piwa, pisały gazety i portale niezajmujące się na codzień popkulturą a tzw. „Internet” lekko wręcz oszalał, tworząc wokół fabuły najróżniejsze teorie spiskowe, odkopując utwory literackie z przełomu wieków i antycypując na ich podstawie zdarzenia kolejnych odcinków.

Popkulturowi weterani, zdający sobie sprawę, że w przypadku seriali zjawiska takie nie są niczym nowym (szczególnie po roku 2000), przewrócą sceptycznie oczyma, wspominając gorączki towarzyszące mniej („Prison Break”, „Dexter”) lub bardziej („Gra o tron”, „Sherlock” czy, mimo wszystko, „Lost”) udanym przedstawicielom gatunku. Mocniej zaawansowani stażem dodatkowo uśmiechną się lekko, przypominając sobie emocje związane z podstawówkowymi seansami „Miasteczka Twin Peaks” czy „Z archiwum X”. Jak zatem jest z „True Detective”? Czy cały szum wokół niego świadczy o faktycznej klasie serialu czy jest raczej chwilówką, popisem marketingowej sprawności HBO i podatności na nią współczesnego, internetowego widza? Pierwszy, stanowiący zamkniętą całość, sezon za nami – pokuśmy się więc o odpowiedzi.

Od razu przepraszam za małą zmyłkę. Stopniowane napięcia, mozolne dochodzenie do umieszczonej w ostatnim akapicie, efektownej (i najlepiej pod prąd idącej) konkluzji – ta notka będzie pozbawiona tego typu elementów. A to dlatego, że nie za bardzo jest nad czym deliberować – „True Detective” to zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji ostatnich lat. Skończyłem go oglądać jakiś już czas temu, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu, ciągle wracam do wybranych scen, wątków czy dialogów. Zmieńmy więc zadane wcześniej pytanie na próbę jakiegoś uporządkowania wrażeń i wskazania, co konkretnie stoi za tak entuzjastycznym tonem, którym zaczyna ociekać ten wpis.

Podstawowym spoiwem fabuły spisanej przez Nica Pizzolatto (scenarzysta i pomysłodawca serialu) jest śledztwo w sprawie dziwnego, rytualnego najwyraźniej morderstwa, popełnionego na południu amerykańskiej Luizjany (konkretnie w Vermilion Parish. Stan ten, dość symptomatycznie, dzieli się właśnie na „parafie” a nie na „hrabstwa”, jak ma to miejsce w pozostałych przypadkach). Do rozwiązania sprawy przydzielony zostaje detektyw Martin Hart i jego nowy partner Rust Cohle, powszechnie uznawany za niepokojącego/denerwującego (zależnie od sytuacji) dziwaka. Martin, w swoich oczach człowiek o uporządkowanej codzienności, normalnej sytuacji rodzinnej i zdrowych, „życiowych” poglądach, stara się ze swoim towarzyszem zaprzyjaźnić i własnym przykładem ściągnąć go na właściwe tory, z których tamten najwyraźniej wypadł. Wysiłki te dość efektownie spalają na panewce, na polu zawodowym jednak – dzięki inteligencji, zawziętości i dawnym kontaktom Rusta – duet radzi sobie dość sprawnie, będąc na najlepszej drodze do ustalenia sprawców i zdobycia statusu lokalnych bohaterów.

Rust and Marty

(Notka natomiast jest na drodze najlepszej do popsucia Ci zabawy, jeśli serialu nie oglądałaś/oglądałeś. Zaufaj w tym momencie mojemu słowu i czem prędzej to nadrób, a do lektury wróć dopiero potem – spoliery albowiem atakować będą bez litości.)

Wymyślenie czegoś nowego w temacie „mroczna historia seryjnego mordercy i ścigających go detektywów” wydaje się niezbyt wdzięcznym dziś zadaniem. Potencjalni, donkichotersko ukąszeni twórcy muszą się tu zmierzyć nie tylko z ogólną, okołochandlerowską klasyką, ale również ze współczesnymi utworami składającymi się na szeroko rozumiany „kryminalny renesans” – żeby wspomnieć tu tylko cały legion skandynawskich pisarek i pisarzy czy wiele świetnych produkcji telewizyjnych, typu „Luther”, „The Killing/Forbydelsen”, „The Fall” i innych (które tradycyjnie wymienione będą w napisach końcowych tej notki). Antybohaterscy bohaterowie i ich moralna szarość (często przechodząca w czerń), tajemnicze i okrutne rytuały zepsutych elit, spiski sięgające będących u władzy kręgów – wszystko to już było, wielokrotnie i w różnych wariantach. Nicowi Pizzolato i Cary’emu Fukunadze (reżyser) realnie groziło więc stworzenie produkcji wtórnej i niepotrzebnej. Udało im się tego jednak dość efektownie uniknąć, dzięki dwóm generalnym zabiegom: szerokości perspektywy i konsekwencji.

(Chylę czoła dla czytelniczej determinacji, jeśli kontynuujesz lekturę pomimo wcześniejszego ostrzeżenia. Niestety, w kwestii spoilerów nic się niżej nie poprawia. Wręcz przeciwnie.)

To właśnie konsekwencja – w konstrukcji bohaterów, prowadzeniu intrygi, opisie świata przedstawionego – jest czymś, co podczas oglądania serialu robi szczególnie duże wrażenie. Rust Cohle to jedna z najbardziej integralnie zbudowanych postaci w historii opowieści tego typu – prawdopodobnie tak wyglądałby Philip Marlowe, gdyby Chandler tworzył w czasach nieograniczanych przez okołowojenne standardy obyczajowe. W kreacji bohatera granego przez (rewelacyjnego tu) Matthew McConaughey’a nie ma właściwie fałszywych tonów – radykalny, nierozcieńczony żadnymi wyjątkami nihilizm, spójnie argumentowana mizantropia, wyrażany frazami pogrążonego w głębokiej depresji Schopenhauera brak złudzeń co do siebie, innych i ogólnej natury społecznego świata, służy tu czemuś więcej niż tylko uczynieniu z Rusta ubarwiającego opowiadaną historię oryginała. W postawie tej (i wynikającym z niej, pokazywanym bez znieczuleń, stylu życia) detektyw Cohle jest na tyle przekonujący, że prowokuje widza do polemiki, zmusza do podjęcia pewnego wysiłku, by tej bezzłudzeniowej wizji nie ulec. Szczególnie, że drugi z bohaterów raczej mu w tym nie pomaga – o ile Rust reprezentuje konsekwencję na granicy szaleństwa, o tyle robiący wszystko „jak należy” Marty – ze szlachetną pracą, rodziną w modelu 2+2, nieortodoksyjną wiarą i planami na przyszłość – okazuje się głębokim i bezrefleksyjnym hipokrytą. Powszechnie, w odróżnieniu od swojego partnera, lubiany, boi się konfrontować z trudnymi pytaniami na własny temat, przez co podejmuje decyzje, których efektów najczęściej przewidzieć nie chce lub nie potrafi. Spójne i empatyczne przedstawienie tego typu postaci nie jest rzeczą łatwą, a jednak z wyzwania tego ekipie „True Detective” (w tym przypadku głównie Woody’emu Harrelsonowi) udaje się wyjść ręką zdecydowanie obronną.

Angry Rust and Marty.

Poszerzaniu perspektywy serialu, czynieniu z niego czegoś więcej niż relacji z rozwiązywania kryminalnej zagadki sprzyja z kolei zastosowana, wykorzystująca przeplatanie chronologii czasowej, narracja. Konstytutywne dla fabuły śledztwo ma miejsce w roku 1995, jego historię poznajemy jednak z zeznań składanych przez detektywów 17 lat później, przy okazji innej sprawy. Zabieg ten otworzył twórcom furtki, z których skrzętnie skorzystali – od tak oczywistych jak możliwość ukazania ewolucji głównych bohaterów, przyczyn burzliwego końca ich znajomości w 2002, aż po sprytny, opierający się na różnicy pomiędzy relacją narratorów a oglądanym obrazem, zabieg zwrócenia uwagi na definicyjne momenty dla ich – mimo wszystko – przyjaźni. Pozwala to na pełniejsze przedstawienie rozwoju postaci, ukazanie (życiowych) konsekwencji ich postaw i – co tu kryć – nasze się do nich przywiązanie. Skorzystały na tym i tematy mniej górnolotne, np. wieloaspektowe i odarte z romantyzmu przedstawienie codziennej, detektywistycznej pracy. Osobiście stoję na stanowisku, że nic w tej materii nie przebije innej produkcji HBO – rewelacyjnegoThe Wire– jednak twórcy „True Detective” dzielnie trzymali się podobnych pryncypiów. Scen akcji, efektownych pościgów czy strzelanin mamy tu niewiele (choć są i wyjątki, np. świetna, nakręcona pojedynczym ujęciem scena z końcówki odcinka 4), królują obrazy przesłuchań, samochodowych rozmów (dialogi!), wykłócania z przełożonymi czy podążania za tropami, które często okazują się ślepe. W tym dążeniu do realizmu opowiadanej historii scenarzysta był na tyle – znów – konsekwentny, że wywołał spore rozczarowanie wśród dużej części oglądających, którzy rozgrzali różnego rodzaju fora i poświęcone serialowi blogi zarzutami m.in. trywialnego zakończenia sprawy śledztwa oraz niepozamykania wszystkich napoczętych podczas jego trwania wątków.

Dla mnie jednak takie poprowadzenie intrygi to właśnie jeden z mocniejszych punktów „True Detective”. Po pierwsze – realistycznie (w moim odczuciu) zwraca uwagę na dominującą w tego typu sprawach rolę przypadku, skojarzenia, kumulacji efektów rutynowych działań czy zwykłej wytrwałości/zawziętości. Po wtóre – niemożność dotarcia do wysoko postawionych członków sekty dobijających się do bram „Carcosy” czy spięcie (sugerowanych przez pierwsze odcinki) paratwinpeaksowych wątków osobą niezbyt posągowego Errola stanowi doskonałe domknięcie obrazu przedstawionej w serialu rzeczywistości, w której „piekło to inni” (ludzie). W świecie serialowej Luizjany zła nie czynią jakieś nadprzyrodzone, nieczyste i zewnętrzne wobec człowieczego gatunku siły, tylko sami jego przedstawiciele – często trywialni i podpierający się różnego rodzaju mętnymi konstruktami mitologicznymi. Natomiast jednostki, które się im w taki czy inny sposób przeciwstawiają, muszą zakładać, że – przy odrobinie szczęścia – będą mogły liczyć co najwyżej na możliwość powtórzenia za Marty’m: „We ain’t gonna get em all. That ain’t what kind of world it is. But we got ours”.

Church.

W trosce o Wasz dzisiejszy wieczór zmusiłem się do pominięcia w tym opisie wielu innych, stanowiących o klasie serialu, kwestii. Niewiele na przykład wspomniałem o rewelacyjnym aktorstwie – o tym, że Matthew McConaughey faktycznie wszedł w najlepszy okres swojej kariery i tym, że równie mocne pochwały należą się Woody’emu Harrelsonowi, który, przekonująco kreując „poczciwego hipokrytę”, mógł mierzyć się z trudniejszym nawet zadaniem. O godnej „Kaznodziei” galerii postaci drugoplanowych. Ledwo tylko napomknąłem, jak ważne dla odbioru całości jest umieszczenie akcji w lepkiej, dusznej, dosłownie oraz metaforycznie bagnistej serialowej Luizjanie. O tym, że podobnie jak Kongo w conradowskim „Jądrze ciemności”, pełni ona w „True Detective” rolę równorzędnej bohaterki, będącej więcej niż pośrednią przyczyną surowości, obłędu czy zrezygnowania tubylców, wymęczonych codziennymi zmaganiami ze stawianymi przez nią warunkami (odpowiedzialny za zdjęcia Adam Arkapaw jest zresztą specjalistą od fabularyzowania otoczenia – błyszczał tą umiejętnością również wTop of the Lakei niedocenionymAnimal Kingdom).

Zamiast opisywania tych oraz dziesiątek innych zalet serialu, zamiast rozrzucania przymiotników, patetyzujących układane na jego cześć peany, powtórzę raz jeszcze – „True Detective” to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat. Wszelkie związane z nią zachwyty i entuzjastyczne zamieszania były wyjątkowo słuszne. To świetnie zrealizowana, wciągająca opowieść o niełatwej przyjaźni, upływającym czasie, przeciekającym przez palce życiu i konsekwencjach najbardziej nawet błahych decyzji czy zdarzeń. Oraz o – górnolotnie zwanej – „naturze zła”, za istnienie którego nie da się, niestety, zrzucić odpowiedzialności na (dowolnie definiowane) siły wobec ludzkości zewnętrzne. Szczerze więc zachęcam do oglądania. Acz ostrożnie. Mimo, że na opowieść składa się tylko jeden, ośmioodcinkowy sezon, to jeśli niewłaściwie wybierzecie moment startu (niedzielny, dajmy na to, wieczór), wówczas „getting to work on time” może być ostatnią rzeczą, z jaką będzie się Wam kojarzył dzień kolejny.

Landscape.

True Detective („Detektyw”)
Reżyseria: Cary Fukunaga
Scenariusz: Nic Pizzolatto
Rok produkcji: 2014
Pokrewne sprawy: Jądro ciemności (Joseph Conrad), Luther (BBC 2010-2013), The Fall (BBC 2013-…), The Wire (HBO 2002-2008), Se7en (1995, reż. David Fincher), Prisoners (2013, reż. Denis Villeneuve), Kaznodzieja („Preacher”, scen. Garth Ennis , rys. Steve Dillon, Egmont 2002-2007), Prosto z piekła („From Hell”, scen. Alan Moore, rys. Eddie Campbell, Timof 2008), skandynawskie kryminały.
Ścieżka na poseans:


Tak jest, ścieżką do „True Detective” również się zachwycam. Nie ma jednak wyjścia, skoro jej częścią są Melvins (z ulubionego jak dla mnie, sludge’owego okresu) w – pozornie dla nich egzotycznym – otoczeniu hitów outlaw country i innych, związanych z deltą Missisipi, gatunków. A jednak, również w tym aspekcie – to działa!