Single Shot: Nick Cave & Warren Ellis „Song for Bob”.

Can’t figure it out: do you want to be like me or do you want to BE me?

By his own approximation, Bob assassinated Jesse James over 800 times. He suspected no one in history had ever so often or so publicly recapitulated an act of betrayal.

Odświeżyłem sobie ostatnio jeden z ulubionych filmów – Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford). Konstrukcja tytułu (formą nawiązująca do amerykańskich powieści groszowych z przełomu dwóch poprzednich wieków) jest zaledwie pierwszą z wielu rzeczy, która czyni go wyjątkowym i jednym z większych zaskoczeń pozostaje dla mnie fakt, że swego czasu przemknął on przez kina praktycznie niezauważony. Każdy dosłownie aspekt tego obrazu – scenariusz, obsada, sposób reżyserii, zdjęcia, scenografia – jest pulsującym ropieniem tej popularnościowej niesprawiedliwości.

Bo spójrzmy choćby na ścieżkę dźwiękową, z jej tego typu perełkami:

Song for Bob jest moją osobistą kwintesencją terminu „muzyka narracyjna”. Cały ten długi, powoli rozwijający się utwór ma strukturę snutej opowieści, przy czym nie jest to wesoła, rodzinna anegdotka, przywoływana przy niedzielnym obiedzie. Mamy tu raczej do czynienia z trudną, intymną chwilą zwierzenia, spowiedzi, zrzucenia noszonego przez lata ciężaru.

W takim ujęciu trzydziestosekundowy prolog jest dźwiękowym odpowiednikiem procesu zbierania myśli, poszukiwania odpowiednich słów, przygotowuje do wysłuchania całości historii i układa fundamenty pod jej nastrój. Następujące po nim grobowe, ciężkie niczym westchnienie smyczki rozpoczynają monolog, zarysowując kontekst zdarzeń. Delikatne, pojedyncze uderzenia klawiszy to już historia właściwa – opowiadana niepewnie, konfrontowana z ograniczeniami pamięci i języka, przerwana w pewnym momencie dłuższym, pełnym sentymentu smyczkowym solo. Dygresją? Podążeniem myślą za wspomnieniem minionych, lepszych czasów, które prawdopodobnie nigdy później nie wróciły? Po dłuższej chwili zastanawiania się nad odpowiedzią wracamy do tematu – wszystkie dotychczasowe instrumenty niespiesznie, jeden po drugim, zaczynają się ze sobą zbiegać, by w końcu wybrzmieć pełną, zsynchronizowaną linią melodyczną. Spiąć się w sobie i, przezwyciężając wahanie, opowiedzieć wszystko, niczego już nie ukrywając. Zamknięcie Song for Bob to powrót do pojedynczych dźwięków pianina, nie tak jednak chwiejnych jak w początkowej partii utworu. W których wciąż słyszalny jest smutek, ale tym razem też – ulga i opanowanie. Oraz, wybaczcie pretensjonalność, ocierane ukradkiem łzy.

Tych, którzy mimo wszystko mieli okazję film oglądnąć, stwierdzenie, że bez muzyki Nicka Cave’a i Warrena Ellisa (nie tego, niestety) nie byłby on taki sam, nie będzie oślepiało oryginalnością. Mimo całego westernowego szafarzu, wsparcia się historycznie autentycznymi postaciami i gwiazdorską obsadą, jest to bowiem autorska, dość kameralna historia o tym, że w fatalistycznie ukształtowanej rzeczywistości źródłem największych rozczarowań potrafią być marzenia. Szczególnie te spełnione. Co bez kompozytorskiego wkładu wspomnianego duetu nie miałoby szans wybrzmieć tak mocno jak ostatecznie wybrzmiewa.

Świetna historia. Świetna muzyka. Świetne wszystko. Oglądnijcie (i posłuchajcie) koniecznie.

Song for Bob
Autorzy/wykonawcy: Nick Cave & Warren Ellis
Album: The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford OST
Rok wydania
: 2007

 

„Strażnicy Galaktyki” – ‚something good, something bad? Bit of both?’

Ain’t no thing like me, except me.

– Peter Jackson Quill. He’s also known as Star Lord.
– Who calls him that?
– Himself, mostly.

Pomimo, że pod względami „formalnymi” komiksom dużo bliżej jest do sztuki filmowej niż literatury (wbrew popularnemu, deprecjonującemu skojarzeniu), to jednak z przełożeniem opowiadanych za ich pomocą historii na język własnego medium filmowcy mają permanentne problemy. Najbardziej cierpi na tym superbohaterszczyzna (w wersji papierowej pełna świetnych, dojrzałych opowieści), co głównie wynika chyba z tego, że dla definicyjnych jej elementów (odzianych w spandex koleżanek i kolegów latających po dachach w celu zwalczania zła i występku) wprawienie w ruch, obdarzenie głosem i prawdziwymi twarzami żywych ludzi jest trochę jak pstryknięcie palcami dla seansu hipnotycznego – wybudza, kończąc etap umowności i zabawy. Bez tego, w otoczeniu realnego świata, całe to kostiumowe zamieszanie jest jakieś takie, no… śmiesznawe.

Chętnym na dokonywanie takich międzygatunkowych transgresji potrzeba więc dobrego pomysłu i odpowiednich możliwości technicznych (to drugie można sobie darować, jeśli jest się Timem Burtonem), które miałyby szansę zagłuszyć ów uporczywy odgłos pstrykania. Ekranowi adaptatorzy przez długi czas pozbawieni byli zarówno jednego jak i drugiego. Zmianę przyniosła tu dopiero pierwsza dekada XXI wieku – z jednej strony, rozwój wspomnianych technologii pozwolił właścicielom praw do popularnych postaci na tworzenie produkcji wizualnie już nieżenujących, z drugiej – biznesowo pozbierał się Marvel (jedno z dwóch największych wydawnictw komiksowych w USA), powołując do życia swoją filmową odnogę.

(W tym momencie zaznaczyć należy, że proces tych zmian ku lepszemu gładko nie przebiegał, okupionym będąc okrutnymi ofiarami złożonymi z obiecujących filmowo postaci. Daredevil..! Elektra..! Ghost Rider..! CATWOMAN!!! Spoczywajcie w pokoju, kinoman pamięta.)

I dopiero ta „nowa fala” superbohaterszczyzny zaczęła w większych ilościach przynosić obrazy naprawdę udane – pierwsze części „X-Men”, oba Hellboy’e, „Watchmen”, „Kick-Ass” czy „The Dark Knight” są tu przykładami dość jednoznacznymi. Zauważcie, że wszystkie wymienione wywodziły się spoza Marvel Studios. W filmach „Domu Pomysłów” – technicznie już świetnych – wciąż coś, moim zdaniem, nie domagało. A to problemem był brak scenariusza („The Incredible Hulk”), a to nienajlepsze decyzje obsadowe (denerwujący Chris Hemsworth w „Thorze”), schematyzm (praktycznie każda postać „dorasta do bohaterstwa”. A potem nadchodzi „Avengers” i dorastają raz jeszcze, tym razem w sesji grupowej), nadmiar wysilonego luzactwa (dwa pierwsze „Iron Many”) czy regularnie nawracające fale patosu (wszystkie, ze szczególnym wskazaniem na „Kapitana Amerykę”).

avengers

I nie zrozumcie mnie źle, po kinie tego typu nie spodziewam się bergmanowskiego spojrzenia na stosunki pomiędzy Lokim a jego autorytarnym ojcem czy rewizjonistycznych manifestów, w których powojenny Steve Rogers gra w rosyjską ruletkę z ex-nazistami. Marvelowskie produkcje ogólnie złe nie były. Ale jednak wciąż coś (mnie) w nich uwierało i nie pozwalało w stu procentach napawać się dwiema godzinami uczciwie eskapistycznej, nieprzerywanej zniecierpliwionym przewracaniem oczyma, rozrywki.

Tego typu niewygody mam już na szczęście z głowy. Sierpień 2014 przyniósł albowiem „Strażników Galaktyki”.

(A dalsza część tego tekstu przyniesie – śladowe, ale jednak – spoilery)

Nad fabułą dziełka Jamesa Gunna nie ma się w zasadzie co rozwodzić – w ujęciu ogólnym jest dość standardową wariacją na temat (1.) pojawienia się Wielkiego Zła, (2.) niełatwego procesu formowania się ekipy, która ma z nim walczyć, (3.) pierwszych, w większości przegranych, potyczek z jego oddziałami. I w końcu (4.) Ostatecznej Konfrontacji, zwycięskiej, mimo wszelkich możliwych losu przeciwności. Czyli w zasadzie powielającą sporo z tego, co przed chwilą zarzucałem innym filmom. Twórcy „Guardians of the Galaxy” nasycili jednak ów schemat spójną koncepcją, która sprawiła, że zapominamy o wszystkich ewentualnych wtórnostkach i bezkrytycznie zagłębiamy się w opowiadaną przez nich historię.

Jednym z głównych, robiących różnicę zabiegów jest unikalne połączenie futurystycznej fantastyki z konwencją retro przełomu lat 70 i 80. Na najbardziej oczywistym poziomie oddaje to oparta na hitach tamtego okresu ścieżka dźwiękowa i ziemskie pamiątki przywódcy drużyny – Petera Quilla. Widok klasycznego kaseciaka zamontowanego pośród wyrafinowanych wykwitów pozaziemskich technologii czy zwiedzanie najdziwniejszych zakątków galaktyki w rytmach „Cherry Bomb” lub „Spirit in the Sky” znakomicie oswaja przedstawiany w filmie świat i buduje świetny, komfortowy dla jego odbioru klimat. Na poziomie bardziej ogólnym hołdem dla wspomnianych dekad jest w ogóle sam film, jednoznacznie odwołujący się do ówczesnych, ikonicznych przedstawicieli tzw. „kina nowej przygody”. Szalone tempo, dynamiczne zwroty akcji, nieprawdopodobne ewolucje i efektowne sceny walk – „Strażnicy Galaktyki” to w zasadzie współczesna wersja „Poszukiwaczy zaginionej Arki” czy innego „Powrotu do przyszłości”. Tyle, że teraz wszystko dzieje się w kosmosie (tak, tak, wiem, to było i w „Star Wars”). A pogłowie charyzmatycznych bohaterów przypadających na centymetr kwadratowy ekranu znacznie wzrosło.

guardians of the galaxy drax

To ostatnie, dość ryzykowne w swej konstrukcji zdanie, prowadzić ma do kolejnego z najmocniejszych elementów filmu – głównych bohaterów właśnie. Drużyna dobrana jest doskonale. Zgodnie z prawidłami gatunku każdy z jej członków reprezentuje odrębny zestaw umiejętności, dzięki którym idealnie się uzupełniają. Dodatkowo, wszyscy charakteryzowani są jedną, specyficzną dla siebie cechą, regularnie eksponowaną w różnych momentach filmu. Charyzmatyczny i cwany Quill (pokłony dla Chrisa Pratta, znanego dotychczas z zupełnie innego emploi) obsesyjnie zasłuchuje się więc w kasetach nagranych mu przez matkę, a zabójcza Gamora zmaga się z efektami swojej reputacji. Podobnie jest z innymi – preferującego bezpośrednią konfrontację Draxa napędza oślepiające pragnienie zemsty (i zupełne nierozumienie metafor), będący technicznym geniuszem Rocket to cięty język i dość specyficzne poczucie humoru, a mający tendencje do zaskakiwania swoimi możliwościami (w najlepszych ku temu momentach) Groot jest typem o dość wstrzemięźliwym stosunku do zdań wielokrotnie złożonych.

Guardians of the Galaxy team photo

Daje to dwa istotne dla oceny filmu efekty. Z jednej strony wiąże nas z postaciami, pozwalając równocześnie uniknąć przegadanRocket_Raccoon_GotGia którejkolwiek z nich (dla dwugodzinnego filmu o dość licznej drużynie to trik kluczowy), z drugiej – owocuje niemal mimowolnym (na poziomie odbioru przez widza) pogłębieniem profili bohaterów. Dobrze widać to na przykładzie Rocketa – zabawnego, sprytnego, mającego najlepsze linijki dialogowe. Ale też zgorzkniałego, prowokacyjnie zadziornego i generalnie raczej mało stabilnego, co jasno sugeruje problemy stworzenia, które wyraźnie nie jest na swoim miejscu i każdy dzień mu o tym przypomina. Widz pozostaje więc zaciekawiony a scenarzyści mają wolną rękę dla przyszłego pogłębienia wątku, jeśli uznają to za stosowne. I tak jest z każdym z członków drużyny. Proste? Proste. Ale działa.

Działa też celowe i ostentacyjne unikanie patosu, tej zmory podtruwającej większość superbohaterskich tworów filmowych. Wszystkie momenty, w których mogłaby ona zza węgła wychynąć, są w „Strażnikach…” prewencyjnie pacyfikowane – zwróćcie choćby uwagę na znany z trailerów moment identyfikacji Starlorda, drobne gesty towarzyszące postaciom w scenie prezentacji drużyny (do bólu teoretycznie oklepanej) czy całkowicie surrealistyczny, „ostateczny cios” zadany Ronanowi przez Quilla.

Jeśli ten zerwany ze smyczy entuzjazm wydawałby się Wam wręcz podejrzany, to teraz nadchodzi czas na Akapit Balansu. Otóż: film idealny nie jest, wady odnotowano. Największą z nich jest postać głównego Złego, Ronana Oskarżyciela (mhm..). Nieprzekonująca, z głupkowato mglistymi motywacjami, grozę budująca za pomocą pojedynczego gestu mimicznego, obowiązkowo zepsutego uzębienia (czy co mu się tam z ust ulewa) oraz polipu na strunach głosowych. Ach, no i służyć ma też temu kwatera główna, stylem wystroju bogato czerpiącą z estetyki przeciętnej jaskini, z urozmaiceniem w postaci kamiennego tronu pośrodku. Jak widać, nie w każdym punkcie udało się uniknąć klisz i kalek.

Guardians of the Ralaxy Ronan

Ale „Poszukiwacze zaginionej Arki” też mieli wady – i co z tego? Każdy z nas oglądał po 12 razy, a duża część uwielbia do dziś. Trudno mi aktualnie powiedzieć, czy ze „Strażnikami Galaktyki” będzie podobnie – zapewne nie, z wielu powodów, również (przede wszystkim?) pozafilmowych. Zupełnie natomiast nietrudno mi ich Wam serdecznie polecić, o ile jakimś cudem jeszcze nie widzieliście. Jeżeli lubicie komiksy, superbohaterszczyznę, błyskotliwy (acz nieprzeintelektualizowany) humor i Indianę Jonesa – na 99% będziecie się dobrze bawić. Jeśli natomiast wartości związane z rozrywką wywodzicie z innych źródeł, wówczas – fakt – takie prawdopodobieństwo spada. Do procent mniej-więcej 95-ciu.

Gamora-Quill-Guardians-of-the-Galaxy

Guardians of the Galaxy („Strażnicy Galaktyki”)
Reżyseria:
James Gunn
Rok produkcji: 2014
Pokrewne sprawy: wszystkie części Indiany Jonesa (z wyjątkiem czwartej), Powrót do przyszłości I-III (1985/89/90, reż. Robert Zemeckis), pierwsza (chronologicznie) trylogia Star Wars, Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003, reż. Gore Verbinski), The Lego Movie (to nie żart, to jedno z większych zaskoczeń tego roku) (2014, reż. Phil Lord, Christopher Miller).
Ścieżka na poseans:

Generalnie, w oderwaniu od samego filmu (gdzie, jak wspominałem wyżej, sprawdzają się idealnie), dźwięki składające się na „Awesome Mix Vol. 1” to raczej nie moja „cup of tea” – ale o The Runaways wspomnieć warto. Z tego choćby powodu, że była to bodaj pierwsza w pełni kobieca kapela zajmująca się szeroko rozumianym „rockiem”. Konkretnie punk rockiem, którego łoiły całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoicie, w takiej np. Japonii (gdzieżby indziej) zdobywając nawet dość kultowy status (doczekały się też filmu). Wokalistkę kojarzycie pewnie z dalszej, solowej już kariery, kiedy tworzyła hiciory takie jak ten lub tamten.

Sex, drugs and stock exchange. ‚Wilk z Wall Street’ Martina Scorsese.

So money doesn’t just buy you better life, better food, better cars, better pussy – it also makes you a better person. You can give generosity to the church or political party of your choice.

Ok, walking is out...

Czas już chyba oficjalnie rozmyślać nad jakąś chwytliwą nazwą nowego filmowego, hmm… nurtu? Zjawiska? W kategorii Reżyserów Mających Na Koncie Przynajmniej Jeden Wart Uwagi Film zapanowała albowiem moda, aby mierzyć się z nowoczesnymi, w ich mniemaniu, formami kina i nakręcić „Pulp Fiction” naszych czasów. Albo przynajmniej jakiś „Przekręt”. Z elementami „Trainspottingu”.

train1

Zaczęło się, o ile dobrze kojarzę, od Andrew Dominika, reżysera genialnego „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” (zwrot „genialny” nie jest tu figurą retoryczną, to jest autentycznie jeden z lepszych filmów jakie widziałem) i jego kolejnej produkcji „Zabić, jak to łatwo powiedzieć” („Killing Them Softly”, 2012). Potem z szafy wyszedł Oliver Stone, którego wyraźnemu kryzysowi formy kres miało położyć młodzieżowe „Savages” (2012). Kwartał później, Martin McDonagh, autor błyskotliwego „In Bruges” (polski tytuł bojkotuję celowo), zaprezentował światu „7(-miu) psychopatów” („Seven psychopats”, 2012)… Dwutysięczny dwunasty – to był taki właśnie rok. A wraz z nadejściem kolejnego, na zmiennika w tej dziwacznej sztafecie wyznaczył się – argh! – Martin Scorsese:

Okrzyk, który wyrwał mi się w zdaniu poprzednim, to dźwięk przedpremierowego niepokoju. Wszystkie bowiem wymienione wcześniej dzieła przed seansem zapowiadały się co najmniej nieźle (bo reżyser, bo obsada), aby w jego trakcie okazywać się albo po prostu słabymi („7 psychopatów”) albo bożesztymójdlaczegóżpocóż-słabymi (pozostałe). W tym miejscu ewentualne wątpliwości należy więc jednoznacznie rozwiać: z całej tej plejady to właśnie „Wilk z Wall Street” jest filmem zdecydowanie najlepszym. Niestety, nie oznacza to, że jest filmem dobrym. Jest niezły, ale nic ponadto.

wilk2Jak zapewne tu i ówdzie już wyczytaliście, opowiada on, opartą na wspomnieniach autentycznej postaci, historię Jordana Belforta – człowieka obdarzonego naturalną charyzmą, gigantycznym talentem oratorsko-sprzedażowym i osobowością, którą bezwyjątkowo, przynajmniej do pewnego momentu, ujmuje otoczenie. Do tego chłopak jest ambitny, a w USA późnego Reagana jedynym godnym rozpoczęcia kariery miejscem jest dla takich jednostek Wall Street. Udaje się tam i młody Jordan, dość łatwo otrzymując stanowisko „connectora” (kogoś w rodzaju asystenta maklera), na którym błyskawicznie przyswaja zasady rządzące branżą oraz to, że są one zupełnie inne od tego, co mu się wcześniej na ich temat zdawało (pokłony dla Matthew McCounaughey’a za mentorski epizod!). „Inne” nie oznacza jednak „trudniejsze”, „rozczarowujące” czy „mniej akceptowalne”. Przeciwnie – talenty Jordana okażą się tam idealnie pasować, rozkwitną wręcz, nie zważając na przejściowe problemy typu „czarny poniedziałek’87” czy rosnące zainteresowanie organów ścigania jego kreatywnością. A nam dadzą okazję do niemal trzygodzinnego śledzenia transformacji głównego bohatera w tytułowego wilka i szczegółów jego drapieżniczego żywota: dzikich imprez, ryzykownych operacji finansowych, niewyobrażalnych luksusów, niezliczonych kobiet, kilogramów kokainy (i innych, mniej lub bardziej rozpoznawalnych substancji), specyficznego życia rodzinnego czy potyczek z agentem Denhamem.

Domeną pierwszej części tego wpisu była mała erupcja sceptycyzmu, więc teraz może o tym, co w filmie jest bezwzględnie dobre.wilk3 Dobre są postaci drugoplanowe – menażeria (wataha?), z którą Belfort zakłada swój biznes jest, hmm… jedyna w swoim rodzaju. Odgrywający ją aktorzy stanęli przed trudnym zadaniem wykorzystania kilkuminutowej obecności na zaprezentowanie się w sposób odpowiednio groteskowy, nie puszczając się przy tym całkowicie poręczy autentyzmu – w końcu musimy, jako widzowie, choć trochę uwierzyć, że w tym szaleństwie była metoda, która prowadziła na szczyty. I chyba wszyscy drugoplanowcy radzą sobie z tym wyzwaniem co najmniej dobrze, a Jonah Hill, Jon Bernthal czy wspomniany wcześniej Matthew McCounaughey – wręcz świetnie. Dobry jest też montaż – szybki, dynamiczny, efektownie wykorzystujący szerokie plany. Udane są dialogi, muzyka i niektóre sceny imprezowe – te pierwsze zabawne, ta druga udanie dopasowana do akcji, te ostatnie – imponujące rozmachem.

Ale niezaprzeczalnie największym atutem „Wilka…” jest Leonardo DiCaprio. Jest tak dobry, że aż wydzielę mu osobny akapit, ryzykując, że zaraz przyśniecie albo uciekniecie na fejsa. Leo dosłownie staje się Jordanem, idealnie łącząc proporcje narcyzmu, czaru, przebiegłości, pychy, ogólnego życiowego wyluzowania i szczypty zaskoczenia tym, że praktycznie wszystko mu się udaje (pole do popisu poszerza mu przyjęty w filmie sposób narracji, polegający na bezpośrednim zwracaniu się do widza). Po oglądnięciu filmu ciężko sobie wyobrazić, żeby rzeczywisty Belfort nie mógł mieć twarzy, gestów i cynicznego uśmiechu DiCaprio. Działa to i na odwrót – oglądając  „Wilka…” zapominamy o poprzednich wcieleniach Leo, co w przypadku tego akurat aktora najdobitniej świadczy o jakości pracy, jaką tu wykonuje. Współpraca ze Scorsese wyraźnie mu służy i pewnie, za piątym podejściem, dostanie w końcu tego Oscara. Według mnie – jak najbardziej zasłużenie (edit: nie dostał).

wilk1

Mimo wszystkich powyższych atutów, „niezły” to wszystko, na co mogę się zdobyć w kontekście tego filmu. Główną jego przypadłość stanowi fakt, że jest o niczym, mimo, że wyraźnie widać, że o czymś jednak być chciał. Niektóre fragmenty (wątek zakładania firmy, przemowy motywacyjne Jordana, poczciwy agent Denham, końcowe sceny rodzinne) dają odczuć, że miała to być satyra (bo „moralitet” to już chyba zbyt daleko idąca spekulacja) ukazująca wirtualne mechanizmy, na jakich opiera się Wall Street oraz to, że stoją za tym wszystkim raczej bezczelne cwaniaczki niż demoniczni Gordonowie Gekko. I tak by prawdopodobnie było, gdyby Scorsese nie uległ czarowi momentu, w którym zdał sobie sprawę, że on – 70-cio latek! – potrafi kręcić efektowne, imprezowe sceny. Na tyle, że żadnej z nich nie usunął i nie skrócił (przynajmniej takie jest wrażenie), przez co tracą one z biegiem czasu swój ewentualny, metaforyczny potencjał. Zamiast zwracać uwagę na to, że jedynym aspektem życia, który ma dla głównych bohaterów faktyczne znaczenie są szalone bibki (który to przekaz, mam wrażenie, reżyserowi jednak po głowie chodził), staje się „Wilk…” po prostu owych bibek i  związanych z nimi anegdot zapisem. Są one sednem, sensem i głównym filarem fabuły. A jeśli coś źle odczytałem i nowa produkcja Scorsese od początku miała być niczym więcej niż tylko „Projektem X” dla widowni 30+, to na tym polu banku również nie rozbija – fantazyjne ekscesy bohaterów z czasem powszednieją i robią się po prostu monotonne (dla filmu o epickim imprezowaniu efekt lekko śmiertelny).

Więc tak: oglądnąć można, ale – trzymając się tutejszej poetyki – nocki przez „Wilka…” raczej nie zarwiecie. Nie jest on na pewno taką sensacją, na jaką wskazywałyby różnorakie, medialne doniesienia (na opisy inne niż „Scorsese w życiowej formie!” natknąć się naprawdę trudno). A jeśli na przykład kwestie budżetowe (lub brak czasu, lub jeszcze inna złośliwa sytuacja) postawiłyby Was przed dylematem wyboru jednego tylko kinowego seansu w tym miesiącu, to wg mnie – w kategoriach czysto filmowych – lepszą decyzją będzie na przykład nowy Smarzowski. Ale to już wątek na osobną notkę.

„Wilk z Wall Street” („The Wolf of Wall Street”)
Reżyseria: Martin Scorsese
Rok produkcji: 2013
Pokrewne sprawy: Przekręt („Snatch” 2000, reż. Guy Ritchie), cokolwiek Tarantino, Trainspotting (1996, reż. Danny Boyle), Projekt X (2012, reż. Nima Nourizadeh), Wall Street (1987, reż. Oliver Stone), EKG – ekonomia, kapitał, gospodarka (TOK FM, codziennie o 9:00).
Ścieżka na poseans:

Najbardziej trafny będzie chyba, dawno niesłyszany, kawałek ze wspomnianego na początku „Trainspottingu”. Poza tym, że jest to film, na tle którego wyraźnie widać, co się w „Wilku…” nie udało, to i sam Iggy swoim regularnym przekraczaniem norm na trudnym odcinku hedonistycznym mógłby zawstydzić dowolnego Belfotra. I wciąż jest w branży!