„The Underwater Welder” Jeffa Lemire’a.

One day, Jackie… One day, you and me are gonna go down there and strike it rich!

Yeah, well, you need a hobby or some shit like that. Your dedication to the job ain’t healthy, man.

uw2Tym razem, walcząc heroicznie z przyrodzonymi ciągotami, przejdę do rzeczy bez żadnych wstępów, rozgrzewek czy rysów historycznych. Otóż – Underwater Welder to najlepszy komiks z kategorii tych, o których prawdopodobnie niewiele dotychczas wiedzieliście. Więcej nawet – to generalnie jeden z lepszych utworów fabularnych z jakim miałem okazję zetknąć się w ostatnim czasie.

Za to przenikliwe, nienarzucające się efektownością dziełko odpowiada Jeff Lemire – kanadyjski twórca komiksów autorskich, robiący ostatnio karierę w amerykańskim mainstreamie, a w Polsce znany z wydanych przez Timofa, bardzo dobrych Opowieści z hrabstwa Essex. Oba komiksy tworzą zresztą interesującą dylogię – o ile ten ostatni koncentrował się na obficie oblanych sentymentem wyimkach z życia dorastających przedstawicieli kanadyjskiej prowincji, o tyle Underwater Welder, rozgrywając się w podobnym otoczeniu, ukazuje drugie, mniej rozczulające oblicze melancholii: przeciągniętej w czasie, przeżywanej zbyt intensywnie, zatruwającej odbiór tego, co tu i teraz.

Główny bohater powieści bowiem – Jack Joseph – mimo wszelkich zewnętrznych przejawów w miarę sprawnego radzenia sobie z rzeczywistością (wyjazd na dobre studia, żona, dziecko w drodze), daleki jest od stanu życiowej równowagi. Nie pozwalają mu na to historie z przeszłości, koncentrujące się wokół osoby jego ojca – w jakiś sposób poczciwego, ale jednak nieudacznika, goniącego za złudzeniami i wyraźnie nie radzącego sobie z rolami, które otoczenie „nakazywało” mu wypełniać. Dorosły Jack, skoncentrowany na swojej niedokończonej z nim relacji, zaczyna się – nieświadomie i wbrew intencjom – do niego coraz bardziej upodabniać. Powrót w rodzinne strony i podjęcie specyficznej, bardzo podobnej do ojcowskiej, pracy (jako tytułowego spawacza) w odmianie tego stanu rzeczy zdecydowanie nie pomaga.

I choć na poziomie opisu brzmi to może jak „nudne, było” to Lemire potraktował temat odpowiednio wielowymiarowo – ojciec Jacka nie jest jakimś zapitym, jednoznacznie potępienia godnym potworem, miejsce akcji jest prowincjonalne, w znaczeniu zarówno złym jak i całkiem dobrym (spokój, przyjazna, pomocna społeczność wokół) a obsesje głównego bohatera są efektem młodzieńczych przeżyć rodzinnych, ale też – ma się wrażenie – dość poręcznym pretekstem do usprawiedliwiania przygniatającego strachu przed własnym, nieodległym ojcostwem i związaną z tym odpowiedzialnością.

uw3

Ten ostatni aspekt jest w komiksie rozegrany szczególnie udanie. Sposób jego potraktowania kojarzył mi się mocno z wyświetlanym niedawno w kinach filmem Enemy z Jackiem Gyllenhaalem w roli głównej (oglądnijcie!). I tam, i w Underwater Welder głównym tematem jest niedojrzałość zapędzona w kozi róg poważnej, nieodwracalnej i odpornej już na opóźnianie odpowiedzialności (w obu przypadkach związanej z nadchodzącym ojcostwem bohaterów). Zarówno Jack jak i Adam (bohater filmu) reagują na tą sytuację spuszczeniem ze smyczy swoich demonów – ten pierwszy związanych niedokończonymi sprawami z ojcem, ten drugi o dużo poważniejszej, schizofrenicznej naturze. Obu pozostawiamy w momencie dla ich dalszych losów rozstrzygającym, przy czym przypadek Jacka rokuje tu zdecydowanie lepiej. I – tym razem – stanowi to różnicę na korzyść komiksu.

Stali czytelnicy bloga (cała trójka wybucha teraz śmiechem, przypomniawszy sobie o liczbie wpisów w ciągu niemal roku jego istnienia) mogli już zauważyć, że szczególnie ceni się tu twory (pop)kulturowe, które potrafią z tzw. pleneru uczynić jednego z bohaterów opowiadanej historii. Tak jak było to w przypadku Luizjany, zachodniego wybrzeża dystopijnej Ameryki czy posiadłości dotkniętej aktywnością zbuntowanej nastolatki. „Weldera” można spokojnie do tej listy dopisać – odbiór historii byłby zupełnie inny, gdyby działa się ona poza kanadyjską Nową Szkocją. Region ten postrzegany jest jako dość odrębny nawet wśród samych Kanadyjczyków (inna sprawa: a który nie jest?…cudowny kraj!) i Lemire gdzieś w tle, sugestywnie to oddaje. Krajobrazy są surowe, często poprzecinane deszczem, a w kadrach regularnie pojawiają się szerokie plany, akcentujące przestrzeń (mającą tu charakter wyraźnie alienacyjny). Rysunki są w zamierzony sposób niedbałe, lekko rozedrgane i często dość niewyraźne, by innym razem zaskakująco wyostrzyć się na jakimś szczególe. Zupełnie jak niezbyt stabilna percepcja głównego bohatera.

Inaczej wyglądają natomiast kadry rozgrywające się pod wodą. O ile w scenach związanych z samym miasteczkiem autor nie żałuje kresek i linii (wciąż jednak trzymając się uproszczonego sposobu rysowania), o tyle pod wodą dominuje cieniowanie i różne odcienie szarości. Przede wszystkim jednak przestrzeń pozbawiona jest tam wszelkich niemal detali. Nigdy nie byłem w Nowej Szkocji, możliwe, że tamtejsze dno oceaniczne faktycznie ma urodę wokółkołobrzeskiego Bałtyku, aczkolwiek większe pieniądze stawiałbym na to, że takie a nie inne jego przedstawienie jest celowym zabiegiem autora (jedno drugiego wykluczać zresztą nie musi). Chwile spędzone pod wodą są bowiem dla Jacka tak naprawdę jedynymi momentami spokoju (mimo, że bezpośrednie uzasadnienie przebywania tam jest w jego oczach inne), kiedy nierozpraszany może zamknąć się w swojej bańce, odcięty od „powierzchniowych” problemów, skupiony na sprawach związanych wyłącznie ze sobą. Ostentacyjnie minimalistyczny sposób portretowania podwodnego świata bardzo dobrze ten stan podkreśla.

A zatem – jeśli mielibyście w najbliższym roku sięgnąć po jeden tylko komiks, to z pełnym przekonaniem wstawiałbym się za tym właśnie tytułem. Niestety, z tego co się orientuję (pozdro, Marcin!) widoki na jego rychłe wydanie w naszym języku nie przedstawiają się szczególnie optymistycznie. Wersja oryginalna dostępna jest jednak w każdym z głównych polskojęzycznych online’owych sklepów zajmujących się dystrybucją komiksów zza oceanu. Jeśli więc tylko zdecydujecie się na ten minimalny wysiłek włożony w pozaempikowe poszukiwania, Underwater Welder zdecydowanie Wam to wynagrodzi.

uw1

 

 

 

 

Underwater Welder
Scenariusz i rysunki: Jeff Lemire
Wydawnictwo: Top Shelf Productions 2012
Polska wersja językowa: nie
Pokrewne sprawy: Opowieści z hrabstwa Essex (scen. i rys. Jeff Lemire, Timof Comics 2009), Karuzela Głupców (scen. i rys. Jason Lutes, Timof 2007), Enemy (2013, reż. Denis Villeneuve).
Ścieżka pod lekturę:

Pokusa, aby trzymać się kanadyjskiego kontekstu i zaproponować tu jakichś przedstawicieli tamtejszej sceny muzycznej jest wielka, tym bardziej, że jest to kraj wielu świetnych kapel – czy to undergroundowych (NoMeansNo, Career Suicide, Fucked Up, Submission Hold) czy tych mocniej flirtujących z mainstreamem (Arcade Fire!). Z opisywanym komiksem najlepiej jednak komponuje mi się powyższy kawałek bostońsko-kalifornijskiego ISIS (przynajmniej kontynent pozostał ten sam), zawarty na płycie, której faktycznie słuchałem przy jego lekturze (Panopticon). Są w nim obecne wszystkie kwestie, z których siłę czerpie dziełko Lemire’a – melancholia, obawa, zmęczenie, napięcie i eony przestrzeni. A nawet ten (nowoszkocki?) ocean.

„Strażnicy Galaktyki” – ‚something good, something bad? Bit of both?’

Ain’t no thing like me, except me.

– Peter Jackson Quill. He’s also known as Star Lord.
– Who calls him that?
– Himself, mostly.

Pomimo, że pod względami „formalnymi” komiksom dużo bliżej jest do sztuki filmowej niż literatury (wbrew popularnemu, deprecjonującemu skojarzeniu), to jednak z przełożeniem opowiadanych za ich pomocą historii na język własnego medium filmowcy mają permanentne problemy. Najbardziej cierpi na tym superbohaterszczyzna (w wersji papierowej pełna świetnych, dojrzałych opowieści), co głównie wynika chyba z tego, że dla definicyjnych jej elementów (odzianych w spandex koleżanek i kolegów latających po dachach w celu zwalczania zła i występku) wprawienie w ruch, obdarzenie głosem i prawdziwymi twarzami żywych ludzi jest trochę jak pstryknięcie palcami dla seansu hipnotycznego – wybudza, kończąc etap umowności i zabawy. Bez tego, w otoczeniu realnego świata, całe to kostiumowe zamieszanie jest jakieś takie, no… śmiesznawe.

Chętnym na dokonywanie takich międzygatunkowych transgresji potrzeba więc dobrego pomysłu i odpowiednich możliwości technicznych (to drugie można sobie darować, jeśli jest się Timem Burtonem), które miałyby szansę zagłuszyć ów uporczywy odgłos pstrykania. Ekranowi adaptatorzy przez długi czas pozbawieni byli zarówno jednego jak i drugiego. Zmianę przyniosła tu dopiero pierwsza dekada XXI wieku – z jednej strony, rozwój wspomnianych technologii pozwolił właścicielom praw do popularnych postaci na tworzenie produkcji wizualnie już nieżenujących, z drugiej – biznesowo pozbierał się Marvel (jedno z dwóch największych wydawnictw komiksowych w USA), powołując do życia swoją filmową odnogę.

(W tym momencie zaznaczyć należy, że proces tych zmian ku lepszemu gładko nie przebiegał, okupionym będąc okrutnymi ofiarami złożonymi z obiecujących filmowo postaci. Daredevil..! Elektra..! Ghost Rider..! CATWOMAN!!! Spoczywajcie w pokoju, kinoman pamięta.)

I dopiero ta „nowa fala” superbohaterszczyzny zaczęła w większych ilościach przynosić obrazy naprawdę udane – pierwsze części „X-Men”, oba Hellboy’e, „Watchmen”, „Kick-Ass” czy „The Dark Knight” są tu przykładami dość jednoznacznymi. Zauważcie, że wszystkie wymienione wywodziły się spoza Marvel Studios. W filmach „Domu Pomysłów” – technicznie już świetnych – wciąż coś, moim zdaniem, nie domagało. A to problemem był brak scenariusza („The Incredible Hulk”), a to nienajlepsze decyzje obsadowe (denerwujący Chris Hemsworth w „Thorze”), schematyzm (praktycznie każda postać „dorasta do bohaterstwa”. A potem nadchodzi „Avengers” i dorastają raz jeszcze, tym razem w sesji grupowej), nadmiar wysilonego luzactwa (dwa pierwsze „Iron Many”) czy regularnie nawracające fale patosu (wszystkie, ze szczególnym wskazaniem na „Kapitana Amerykę”).

avengers

I nie zrozumcie mnie źle, po kinie tego typu nie spodziewam się bergmanowskiego spojrzenia na stosunki pomiędzy Lokim a jego autorytarnym ojcem czy rewizjonistycznych manifestów, w których powojenny Steve Rogers gra w rosyjską ruletkę z ex-nazistami. Marvelowskie produkcje ogólnie złe nie były. Ale jednak wciąż coś (mnie) w nich uwierało i nie pozwalało w stu procentach napawać się dwiema godzinami uczciwie eskapistycznej, nieprzerywanej zniecierpliwionym przewracaniem oczyma, rozrywki.

Tego typu niewygody mam już na szczęście z głowy. Sierpień 2014 przyniósł albowiem „Strażników Galaktyki”.

(A dalsza część tego tekstu przyniesie – śladowe, ale jednak – spoilery)

Nad fabułą dziełka Jamesa Gunna nie ma się w zasadzie co rozwodzić – w ujęciu ogólnym jest dość standardową wariacją na temat (1.) pojawienia się Wielkiego Zła, (2.) niełatwego procesu formowania się ekipy, która ma z nim walczyć, (3.) pierwszych, w większości przegranych, potyczek z jego oddziałami. I w końcu (4.) Ostatecznej Konfrontacji, zwycięskiej, mimo wszelkich możliwych losu przeciwności. Czyli w zasadzie powielającą sporo z tego, co przed chwilą zarzucałem innym filmom. Twórcy „Guardians of the Galaxy” nasycili jednak ów schemat spójną koncepcją, która sprawiła, że zapominamy o wszystkich ewentualnych wtórnostkach i bezkrytycznie zagłębiamy się w opowiadaną przez nich historię.

Jednym z głównych, robiących różnicę zabiegów jest unikalne połączenie futurystycznej fantastyki z konwencją retro przełomu lat 70 i 80. Na najbardziej oczywistym poziomie oddaje to oparta na hitach tamtego okresu ścieżka dźwiękowa i ziemskie pamiątki przywódcy drużyny – Petera Quilla. Widok klasycznego kaseciaka zamontowanego pośród wyrafinowanych wykwitów pozaziemskich technologii czy zwiedzanie najdziwniejszych zakątków galaktyki w rytmach „Cherry Bomb” lub „Spirit in the Sky” znakomicie oswaja przedstawiany w filmie świat i buduje świetny, komfortowy dla jego odbioru klimat. Na poziomie bardziej ogólnym hołdem dla wspomnianych dekad jest w ogóle sam film, jednoznacznie odwołujący się do ówczesnych, ikonicznych przedstawicieli tzw. „kina nowej przygody”. Szalone tempo, dynamiczne zwroty akcji, nieprawdopodobne ewolucje i efektowne sceny walk – „Strażnicy Galaktyki” to w zasadzie współczesna wersja „Poszukiwaczy zaginionej Arki” czy innego „Powrotu do przyszłości”. Tyle, że teraz wszystko dzieje się w kosmosie (tak, tak, wiem, to było i w „Star Wars”). A pogłowie charyzmatycznych bohaterów przypadających na centymetr kwadratowy ekranu znacznie wzrosło.

guardians of the galaxy drax

To ostatnie, dość ryzykowne w swej konstrukcji zdanie, prowadzić ma do kolejnego z najmocniejszych elementów filmu – głównych bohaterów właśnie. Drużyna dobrana jest doskonale. Zgodnie z prawidłami gatunku każdy z jej członków reprezentuje odrębny zestaw umiejętności, dzięki którym idealnie się uzupełniają. Dodatkowo, wszyscy charakteryzowani są jedną, specyficzną dla siebie cechą, regularnie eksponowaną w różnych momentach filmu. Charyzmatyczny i cwany Quill (pokłony dla Chrisa Pratta, znanego dotychczas z zupełnie innego emploi) obsesyjnie zasłuchuje się więc w kasetach nagranych mu przez matkę, a zabójcza Gamora zmaga się z efektami swojej reputacji. Podobnie jest z innymi – preferującego bezpośrednią konfrontację Draxa napędza oślepiające pragnienie zemsty (i zupełne nierozumienie metafor), będący technicznym geniuszem Rocket to cięty język i dość specyficzne poczucie humoru, a mający tendencje do zaskakiwania swoimi możliwościami (w najlepszych ku temu momentach) Groot jest typem o dość wstrzemięźliwym stosunku do zdań wielokrotnie złożonych.

Guardians of the Galaxy team photo

Daje to dwa istotne dla oceny filmu efekty. Z jednej strony wiąże nas z postaciami, pozwalając równocześnie uniknąć przegadanRocket_Raccoon_GotGia którejkolwiek z nich (dla dwugodzinnego filmu o dość licznej drużynie to trik kluczowy), z drugiej – owocuje niemal mimowolnym (na poziomie odbioru przez widza) pogłębieniem profili bohaterów. Dobrze widać to na przykładzie Rocketa – zabawnego, sprytnego, mającego najlepsze linijki dialogowe. Ale też zgorzkniałego, prowokacyjnie zadziornego i generalnie raczej mało stabilnego, co jasno sugeruje problemy stworzenia, które wyraźnie nie jest na swoim miejscu i każdy dzień mu o tym przypomina. Widz pozostaje więc zaciekawiony a scenarzyści mają wolną rękę dla przyszłego pogłębienia wątku, jeśli uznają to za stosowne. I tak jest z każdym z członków drużyny. Proste? Proste. Ale działa.

Działa też celowe i ostentacyjne unikanie patosu, tej zmory podtruwającej większość superbohaterskich tworów filmowych. Wszystkie momenty, w których mogłaby ona zza węgła wychynąć, są w „Strażnikach…” prewencyjnie pacyfikowane – zwróćcie choćby uwagę na znany z trailerów moment identyfikacji Starlorda, drobne gesty towarzyszące postaciom w scenie prezentacji drużyny (do bólu teoretycznie oklepanej) czy całkowicie surrealistyczny, „ostateczny cios” zadany Ronanowi przez Quilla.

Jeśli ten zerwany ze smyczy entuzjazm wydawałby się Wam wręcz podejrzany, to teraz nadchodzi czas na Akapit Balansu. Otóż: film idealny nie jest, wady odnotowano. Największą z nich jest postać głównego Złego, Ronana Oskarżyciela (mhm..). Nieprzekonująca, z głupkowato mglistymi motywacjami, grozę budująca za pomocą pojedynczego gestu mimicznego, obowiązkowo zepsutego uzębienia (czy co mu się tam z ust ulewa) oraz polipu na strunach głosowych. Ach, no i służyć ma też temu kwatera główna, stylem wystroju bogato czerpiącą z estetyki przeciętnej jaskini, z urozmaiceniem w postaci kamiennego tronu pośrodku. Jak widać, nie w każdym punkcie udało się uniknąć klisz i kalek.

Guardians of the Ralaxy Ronan

Ale „Poszukiwacze zaginionej Arki” też mieli wady – i co z tego? Każdy z nas oglądał po 12 razy, a duża część uwielbia do dziś. Trudno mi aktualnie powiedzieć, czy ze „Strażnikami Galaktyki” będzie podobnie – zapewne nie, z wielu powodów, również (przede wszystkim?) pozafilmowych. Zupełnie natomiast nietrudno mi ich Wam serdecznie polecić, o ile jakimś cudem jeszcze nie widzieliście. Jeżeli lubicie komiksy, superbohaterszczyznę, błyskotliwy (acz nieprzeintelektualizowany) humor i Indianę Jonesa – na 99% będziecie się dobrze bawić. Jeśli natomiast wartości związane z rozrywką wywodzicie z innych źródeł, wówczas – fakt – takie prawdopodobieństwo spada. Do procent mniej-więcej 95-ciu.

Gamora-Quill-Guardians-of-the-Galaxy

Guardians of the Galaxy („Strażnicy Galaktyki”)
Reżyseria:
James Gunn
Rok produkcji: 2014
Pokrewne sprawy: wszystkie części Indiany Jonesa (z wyjątkiem czwartej), Powrót do przyszłości I-III (1985/89/90, reż. Robert Zemeckis), pierwsza (chronologicznie) trylogia Star Wars, Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003, reż. Gore Verbinski), The Lego Movie (to nie żart, to jedno z większych zaskoczeń tego roku) (2014, reż. Phil Lord, Christopher Miller).
Ścieżka na poseans:

Generalnie, w oderwaniu od samego filmu (gdzie, jak wspominałem wyżej, sprawdzają się idealnie), dźwięki składające się na „Awesome Mix Vol. 1” to raczej nie moja „cup of tea” – ale o The Runaways wspomnieć warto. Z tego choćby powodu, że była to bodaj pierwsza w pełni kobieca kapela zajmująca się szeroko rozumianym „rockiem”. Konkretnie punk rockiem, którego łoiły całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoicie, w takiej np. Japonii (gdzieżby indziej) zdobywając nawet dość kultowy status (doczekały się też filmu). Wokalistkę kojarzycie pewnie z dalszej, solowej już kariery, kiedy tworzyła hiciory takie jak ten lub tamten.

‚Lazarus’, czyli Occupy jednak przegrywa.

A sniper and a headshot could solve all our problems, Jonah.

– Result: full hypovolemic decompensation with corresponding respiratory collapse (…) or, according to telemetry, down and dying. Now, the question: how long were you out?
– I’m… not sure… A minute? Maybe two?

Trafiłem nlazarus1aa tą serię w sumie przypadkiem, zachęcony promocyjną ceną któregoś zeszytu, okładkami w lubianej przeze mnie konwencji i trzyzdaniowym opisem, zawierającym w sobie wszystkie niezbędne dla kategorii „sprawdzić koniecznie” elementy: „dystopian”, „post-apocaliptic”, „future”. I okazało się, że na komiksowym marketingu polegać czasem można, gdyż seria (pierwsze cztery odcinki, będąc precyzyjnym) zapewnia dokładnie to, co obiecanym było.

Cały koncept lazarusowego świata bazuje bowiem na założeniu, że widniejąca na sztandarach ruchów Occupy proporcja 1 vs 99 (według której 1% najbogatszych posiada więcej niż pozostałe 99% populacji) wyjątkowo się przyjęła, ewoluując z czasem w jeszcze skrajniejszym kierunku. Proces przebiegał burzliwie, świat przyszłości odnajdujemy więc raczej zdewastowany, a fakt,  że rządzi nim 16 rodzin, kontrolujących wszystkie dostępne na plancie zasoby, w zmianie tego stanu nie pomaga. Jak nakazuje poetyka gatunku, nie jest to też miejsce przesadnie przyjazne, co dość sugestywnie pokazano już w pierwszych kadrach komiksu. Poznajemy wówczas główną bohaterkę serii, Forever Carlyle, pełniącą dla swojej familii funkcję Lazari – genetycznie i technologicznie ulepszonej, „pierwszoliniowej” protektorki rodzinnych interesów, której uśmiercenie przy użyciu konwencjonalnych środków jest praktycznie niewykonalne. Niejeden mimo to będzie próbował, gdyż charakter etatu naturalnie predestynuje „Eve” do zajmowania miejsc najbliższych scenie wewnątrzrodzinnej intrygi, wokół której skupia się fabuła pierwszych zeszytów serii.

lazarus2

Znacie? Pewnie, że znacie. Było? Jasne, czytane/oglądane/grane już nie raz. Koniec świata jaki znamy, wulgarnie darwinistyczna rzeczywistość, wyraziści, niejednoznaczni bohaterowie i ich „tajemnice z przeszłości”, rodzinne spiski, klanowe spory, samurajskie miecze… Każdy, kto jest w miarę na bieżąco ze współczesnymi popkulturowymi tworami, tropy, którymi podążają autorzy serii, zidentyfikuje bez trudu. A jednak czyta się to bardzo fajnie – pomysł na świat się nie rozłazi, akcja jest wartka, ale nie przeszarżowana, dialogi napisane porządnie a fabuła zgrabnie podrzuca zalążki obiecujących przyszłościowo wątków (fundując na końcu mały cliffhanger).

lazarus 7Takie są właśnie komiksy odpowiedzialnego tu za scenariusz Grega Rucki. Nie po raz pierwszy udowadnia on, że co prawda bardziej niż wynalazcą jest rzemieślnikiem, aczkolwiek w swojej dziedzinie ponadprzeciętnie utalentowanym. Ze znanych elementów potrafi układać opowieści świeże i wciągające, niezależnie od tego czy na warsztat bierze akurat realistyczny thriller szpiegowski (dobre Queen & Country), antarktyczny kryminał (lepsze Whiteout/Zamieć) czy policyjną opowieść z miasta Batmana bez udziału Batmana (rewelacyjne, pisane wspólnie z Edem Brubarkerem, Gotham Central). Żaden z jego komiksów, które dotychczas miałem okazję czytać, mnie nie zawiódł (mimo, iż do historii gatunku też raczej nie przejdą), a niektóre wręcz mocno rozentuzjazmowały (powtórzę: re-we-la-cyj-ne Gotham Central. Jeśli nie interesujesz się za bardzo komiksem, ale kryminały/opowieści policyjne przekazywane innymi technikami wchłaniasz namiętnie, to jest to rzecz, która okupować powinna czołowe miejsca Twojego rankingu „do sprawdzenia w 2014”). Lazarus już teraz wygląda na czołowego zawodnika w tej sztafecie.

lazarus 6Przyczynia się do tego również graficzna warstwa opowieści. Widać, że komiks robiony jest dla przyjemności i z inicjatywy samych twórców (o czym pisze w posłowiu sam Rucka), nie stanowiąc dla nich, przynajmniej na razie, uciążliwego, kontraktowego obowiązku. Rysownik (Michael Lark) i kolorysta (Santi Arcas) znakomicie wyczuwają intencje scenarzysty – kadrowanie jest głównie statyczne, skupiające się na opowiadanej historii zamiast na fajerwerkach i ozdobnikach futurystycznego świata. Lark swoimi rysunkami raczej zatrzymuje konkretne momenty, fotografując kluczowe dla danego dialogu czy wydarzenia ujęcia, niż dynamicznie rozrysowuje sekwencje wypadków. Dba przy tym o szczegóły, poświęcając dużo uwagi mimice bohaterów, detalom scenografii czy cieniom padającym na twarze, postaci, przedmioty. Wysiłki rysownika mocno wspiera paleta barw wykorzystywanych przez Santi Arcasa. Nie spodziewajcie się jednak jakichś jaskrawostek – mówimy tu w końcu o dystopijnej przyszłości, wesoło nie jest, więc i kolorystyka opiera się na przygaszonych, przyciemnionych, o permanentnym wczesnym zmierzchu widzianych barwach. W tym ujęciu nawet sceny rozgrywające się w rajskiej, jak na warunki przedstawionego świata, posiadłości Jonaha i Johanny (rodzeństwa Eve) mają w sobie coś niepokojącego, niepozwalającego zapomnieć w jakiej rzeczywistości się mimo wszystko obracamy. I znów – to działa, nadając całej, bazowo jednak dynamicznej, opowieści rysę, hmm… melancholii? Refleksji? Unoszącego się w powietrzu braku nadziei? Na pewno spójności. Niby abecadło gatunku, a jednak w przekonującej i niewzbudzającej pobłażliwego uśmiechu formie udaje się relatywnie rzadko. Tutaj, póki co, wychodzi bardzo dobrze.

Podsumowując więc: kawał porządnej, komiksowej roboty. Jeśli lubisz konwencję postapo, to jest to dla Ciebie rzecz do obowiązkowego sprawdzenia (niedawno wyszło zbiorcze wydanie opisywanych tu zeszytów). Jeśli nie reagujesz na nią entuzjastycznie z definicji, ale narracjami niezobowiązująco porządnymi nie gardzisz – „Lazarus” nie pozostawi zawiedzionej/zawiedzionego również Ciebie.

lazarus logo

Lazarus #1-4
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Michael Lark
Kolor: Santi Arcas
Wydawnictwo: Image
Polska wersja językowa: nie.
Pokrewne sprawy: Mad Max (2&3), The Walking Dead (zarówno komiks jak i serial), Y: The Last Man (sce. Brian K. Vaughan, rys. Pia Guerra), seria Fallout, Gra o tron (HBO, 2011 – …).
Ścieżka pod lekturę:

(nie tylko zresztą tej serii, doskonale podkreśli dowolny obraz końca świata)