‚Woroszyłowgrad’. Fan-made trailer.

Dzisiaj wworoszyłowgradpis innego rodzaju – rozgrzewka przed pełnowymiarową wrzutką na temat ostatniej książki Serhija Żadana, o niczego nieułatwiającym tytule „Woroszyłowgrad”. Jeśli idzie o współczesnych pisarzy/pisarki, to Żadan gra w lidze tych najbardziej przeze mnie cenionych, z powodów, które postaram się przybliżyć w najbliższej notce właśnie. Nie jestem jednak pewien czy to samo uda mi się zrobić z opisem specyfiki jego stylu (żadanowszczyzny?) – bazującego na zrywających się ze smyczy metaforach, niepodrabialnym poczuciu humoru (dla którego równie charakterystyczne są momenty głośnych parsknięć jak i nadchodzącej sekundę później refleksji) oraz umiejętności tworzenia zdań lekkich, błyskotliwych, wielokrotnie przy tym jednak złożonych.

Bardzo bym chciał, żeby, mimo wszystko, wątek ten Was nie ominął. Dlatego też dzisiejsza ćwierćnotka dostarczy materiału z pierwszej ręki – rzućcie sobie otóż okiem na poniższy zestaw wybranych (raczej losowo niż celowo) cytatów z książki. Jeśli między Wami zaiskrzy – zapraszam do następnego, nienarodzonego jeszcze wpisu. A w międzyczasie do sięgnięcia po którąś z powieści Serhija – ze szczególną rekomendacją w kierunku ostatniej lub – mojej ulubionej – „Depeche Mode” (tak, tak właśnie brzmi tytuł).

„Był maj, utrzymywała się ciepła pogoda, podwórko zarastało trawą. Czasami w nocy z ulicy przychodziły czujne pary i kochały się na ławce zaścielonej starymi dywanikami. Czasami nad ranem ochroniarze z banku siadywali na ławce i kręcili jointy długie jak majowe poranki. W ciągu dnia przybiegały uliczne psy, obwąchiwały wszystkie te ślady miłości i, zakłopotane, z powrotem wybiegały na główne ulice miasta. Słońce wstawało akurat nad naszym domem”.

„Sen już odszedł, jednak poczucie pewności nie zajęło jego miejsca. Nawet nie otwierając oczu, domyślałem się, w czym rzecz i co stało przede mną, dysząc piekielnym żarem. A stał przede mną, wprost przy moim fotelu, ciężki i gorący niczym sierpniowe powietrze Ikarus. Tego zapachu nie można z niczym pomylić, tak czuć trupy po zmartwychwstaniu”.

„Parę lat temu Bora, martwiąc się o nasz żywot i pamiętając beztroską studencką młodość, zaproponował, żebyśmy pracowali z nim razem w administracji. (…) Pracowaliśmy więc razem. (…) Redagowaliśmy czyjeś przemówienia, prowadziliśmy seminaria dla młodych liderów i treningi dla obserwatorów wyborczych, układaliśmy programy polityczne dla nowych partii, rąbaliśmy drewno na daczy Bolka, w telewizyjnych talk-show broniliśmy demokracji i praliśmy, praliśmy, praliśmy kasę, która przechodziła przez nasze konta. Na mojej wizytówce napisane było „niezależny ekspert”. Po roku takiej pracy kupiłem sobie wypasiony komputer, a Lolek poobijanego volkswagena. Mieszkanie wynajmowaliśmy z Lolkiem na spółkę. Bora często przychodził do nas w gości, siadał na podłodze (…), brał telefon i dzwonił do prostytutek. Krótko mówiąc, normalny korporacyjny duch”.

„- Herman – zapytał – co byś zrobił, gdybyś nagle miał dużo pieniędzy? Powiedzmy, milion – rzucił hojnie.
(…)
– Kupiłbym sobie dom w Afryce.
– Po co Ci dom w Afryce?
– Zawsze chciałem mieszkać w kraju, gdzie nie ma rasizmu.
– Jasne – kiwnął głową Ernst – A wiesz, co ja bym zrobił?
– Co?
– Kupiłbym samolot. I wznowiłbym połączenia lotnicze.
– Po co? – nie zrozumiałem.
– Dlatego, że bez problemu mogę mieszkać tam, gdzie jest rasizm. Ale w mieście, w którym nie ma lotniska, mieszkać nie mogę.”

„Wyglądał kolorowo, jego łysina miała odcień delikatnie różowy, a w okularach stawał się podobny do szalonego chemika, który właśnie wynalazł alternatywną, ekologicznie czystą kokainę i przeprowadzał na sobie eksperymenty. I badania te dały wynik pozytywny”.

„- Ona przecież przed dwunastą nie wracała. Z tego swojego baru.
– Pracowała w barze? – zapytałem.
– Dlaczego pracowała? – zdziwił się Kocza – Bracie, u nas to nie jest przyjęte, u nas się o rodziców dba, do pracy nie chodzą, co ty.”

„Chociaż co dobrze? Mam trzydzieści trzy lata. Od dawna, szczęśliwie, mieszkałem sam, z rodzicami widywałem się rzadko, z bratem utrzymywałem normalne stosunki. Miałem nikomu niepotrzebne wykształcenie. Pracowałem nie wiadomo z kim. Pieniędzy starczało mi dokładnie na to, do czego się przyzwyczaiłem. Na nowe przyzwyczajenia było już za późno. Wszystko mi pasowało. Tydzień temu znikł mój brat. Znikł i nawet nie uprzedził. Według mnie miałem udane życie”.

„Odnalazłem wszystkich dawnych znajomych, wszystkie swoje stare miłości, wszystkich nauczycieli i wrogów. Dawni znajomi szczerze cieszyli się z mojego powrotu i na tym się skończyło. Stare miłości poznawały mnie ze swoimi dziećmi i przypominały o niewidzialnym upływie czasu, który czyni nas mądrzejszymi, choć do mądrości musi koniecznie dodać cellulit. Nauczyciele prosili o życiowe rady, a wrogowie o pożyczenie jakiejkolwiek sumy, by móc kontynuować swe, ogólnie mówiąc, nikczemne czynności życiowe. Życie – rzecz okrutna, ale sprawiedliwa. Chociaż czasami po prostu okrutna.”

Serhij Żadan „Woroszyłowgrad”. Czarne, 2013.

(Ukłony oczywiście dla tłumacza, który w „Woroszyłowgradzie” po raz kolejny wykonał z prozą Żadana fantastyczną robotę. A imię jego – Michał Petryk)

Już razem, ale wciąż osobno. Jagielskiego dyptyk o RPA.

‚Albo przeżyjemy wszyscy, albo wszyscy zginiemy’ – krzyczał wielkimi czerwonymi literami tytuł z gazetowej czołówki.

Nic nas nie pokona, jeśli będziemy żyć w zgodzie. Najlepsze życzenia urodzinowe śle personel więzienia Pollsmoor.

jagielski wypalanie„Wypalanie traw” i „Trębacz z Tembisy” są najlepszymi pozycjami w dotychczasowej bibliografii Wojciecha Jagielskiego. Zdanie takie ma swoją wagę, gdyż jego akurat dorobek na brak świetnych reportaży nie cierpi – wystarczy wspomnieć „Modlitwę o deszcz” czy „Wieże z kamienia”, że wyliczę tylko te, które miałem okazję czytać. Różnica jest taka, że dwie ostatnie książki pisane są, hmm… z dala od warunków bojowych. Jagielski jakiś czas temu zrezygnował z zawodu korespondenta wojennego na rzecz aktywności nieco spokojniejszych (o przyczynach tego kroku dość wyczerpująco opowiada wydana niedawno książka jego żony, Grażyny, oraz dostępne tu i ówdzie wywiady). Przedtem jednak (a może to jest właśnie istota zmiany?) postanowił przejrzeć stare notatki, uporządkować wątki zawarte w swoich dawnych relacjach i poprzeglądać nadgryzione wcześniej historie. I być może idę tu w lekką nadinterpretację, ale właśnie ten dystans, oddalenie od linii ognia, okazało się dla jego twórczości odświeżająco korzystne.

jagielski trębaczAle zanim o tym, to może najpierw o samych książkach. Obie traktują o Republice Południowej Afryki, meandrach jej historii  i zmianach, jakie kraj ten przechodził w ciągu ostatniego półwiecza (z okładem).  Nie chodzi tu oczywiście o suchy opis socjohistorycznych faktów, narracja – zgodnie z najlepszymi tradycjami literackich reportaży – opiera się na opowieściach o konkretnych ludziach, których autor spotyka na miejscu i czyni bohaterami swoich książek. Poznajemy więc historie ich życia, codzienne radości i troski, sposoby na funkcjonowanie w rzeczywistości poprzecinanej wyrazistymi granicami i na tle Wielkiej Historii przetaczającej się po ich podwórkach. Bohaterów Jagielski dobiera w sposób bardzo przemyślany. W obu tytułach mamy do czynienia z postacią główną – osobowością znaną powszechnie, wywierającą realny wpływ na życie swojego kraju – której perypetie są osią fabuły i wokół której koncentrują się historie postaci drugoplanowych (choć jeśli czytaliście już którąś z tych książek to wiecie, że nie jest to określenie sprawiedliwe). Nadaje to całemu reportażowi odpowiedniej głębi, każde przełomowe wydarzenie mamy bowiem szansę oglądać zarówno z perspektywy „mainstreamu” (rozumianego jako punkt widzenia kreatorów głównych nurtów południowoafrykańskiej polityki) jak i szeregowego jego uczestnika czy jednostki, na którą wywarło bezpośredni wpływ.

etb

W „Wypalaniu traw” bohaterem spajającym fabułę jest Eugene Terre’Blanche – samozwańczy władca burskiego miasteczka Ventersdorp i bezwzględny strażnik segregacyjnego porządku nawet po jego formalnym upadku. Postać z jednej strony tragiczna (na swój sposób), z drugiej – groźna i groteskowa (w tym typie osobowościowym połączenie nierzadkie). Filarem „Trębacza z Tembisy” jest z kolei Nelson Mandela (tutaj opis sobie daruję), czyli mieszkaniec najdalszych zakątków przeciwległej barykady. Już sam taki dobór narracyjnych punktów granicznych odsłania ambicje autora, aby ukazać racje i punkt widzenia każdej ze stron południowoafrykańskiej rzeczywistości. Co udaje się bardzo dobrze – Jagielski unika uproszczeń, wystawiając na próbę nasze stereotypowe rozumienie wydarzeń tamtej części świata.

Jak jednak wspomniałem wcześniej – to postaci teoretycznie drugoplanowe są miąższem pisarstwa Jagielskiego i to one ustawiają, zagęszczają i mnożą konteksty wydarzeń, które nam on przedstawia. Od Tommy’ego Lerefolo – byłego szeregowego bojownika o prawa czarnej większości, dla którego okazało się, że „zwycięstwo, o które walczył, (…) należało do wszystkich. Także do tych, którzy niczego się nie domagali, na wszystko godzili, byli dobrymi czarnuchami” – dowiemy się o gigantycznych pokładach goryczy wśród teoretycznych zwycięzców. Losy zuluskiego wodza Mangosuthu Buthelezi czy Raymonda Boardmana – potomka angielskich farmerów, postrzeganego jako wróg zarówno przez afrykanerów (bo Anglik i sprzeciwiający się apartheidowi „przyjaciel czarnych”) jak i tubylców (bo biały i farmer) – zwrócą naszą uwagę na to, że stron w tamtejszych sporach było/jest więcej niż dwie, które dostrzegamy z perspektywy Europy. Król południowoafrykańskich kibiców (tytuł oficjalny!) i domniemany wynalazca wuwuzeli, Freddie „Saddam” Maake uświadomi, że walka walką, ale dzień powszedni trzeba sobie też jakoś organizować (żeby przeżyć) i urozmaicać (aby nie oszaleć i nie poddać się rozpaczy). Jagielski stara się nie pominąć żadnego reprezentanta rzeczywistości, którą opisuje, takich świadectw, wątków i punktów widzenia jest więc w obu książkach dużo więcej. Obok waloru czysto poznawczego sprawia to, że czyta się je niczym najlepsze powieści. I podobnie jak one – wciągają straszliwie.

mandela2

I to chyba właśnie położenie (jeszcze) większego nacisku na ową literackość reportaży czyni główną różnicę między Jagielskim „azjatyckim” a „południowoafrykańskim”. Oczywiście była ona u niego obecna i na „wojennym” etapie kariery – mocne związki z literaturą są zresztą charakterystyczne dla całej tzw. polskiej szkoły reportażu, z Kapuścińskim na czele. Jednak zarówno „Trawom” jak i „Trębaczowi” – z ich wielowątkową fabułą, zaburzeniami chronologii narracyjnej, wyrazistymi bohaterami i bogatym opisem zróżnicowanych motywacji nimi kierujących – dużo bliżej do rasowej powieści niż do klasycznego reportażu. Wrażenie to pogłębia obecność takich problemów jak rozważania na temat natury dziennikarskiego powołania oraz pasji – zjawiska mającego moc zmiany ludzkiego życia (a czasami i świata), ale też wystawiającego wysokie rachunki za konsekwentne się jej poświęcenie (jeden z ważniejszych kluczy interpretacyjnych „Trębacza z Tembisy”). Jagielski odważniej niż miał to dotychczas w zwyczaju przekracza granicę między reportażem a powieścią, a mam wręcz wrażenie, że kwestionuje sam sens jej wyznaczania. Można dyskutować czy ewolucja ta jest zasługą dystansu czasowego, geograficznego czy (przede wszystkim) życiowego, który autor ostatnimi czasy sobie narzucił. Kwestia to jednak mocno drugorzędna. Liczy się co innego – świetnie się to czyta, a po skończonej lekturze człowiek czuje się mądrzejszy. I jak dla mnie to najlepsza rekomendacja dla tego segmentu – zdecydowanie już – literatury.

Jeśli więc w jakiś sposób interesujecie się Republiką Południowej Afryki i tym, co się tam działo (i dzieje nadal), to zarwana za sprawą lektury nocka jest właściwie pewna. Jeśli ten rejon świata nieprzesadnie was dotychczas zajmował, to, po pierwsze – całkiem możliwe, że teraz zacznie, a po drugie – i tak nieraz położycie się później niż planowaliście. W tym przypadku jednak sińce pod oczami nosić będziecie ze sporą satysfakcją.

Wypalanie traw (2012)
Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli (2013)
Autor: Wojciech Jagielski
Wydawnictwo: Znak
Pokrewne sprawy: oczywiście Ryszard Kapuściński (szczególnie „Gdyby cała Afryka”, „Heban” i „Szachinszach”), ale też Cry Freedom (1987, reż. Richard Attenborough), Tsotsi (2005, reż. Gavin Hood), Dystrykt 9 (2009, reż. Neil Blomkamp)
Ścieżka pod lekturę:

Jak widać, echa walki czarnej mniejszości z apartheidem i wybuchu powstania w Soweto docierały również do Polski i niektórych przedstawicieli ówczesnego nadwiślańskiego udergroundu muzycznego. Za czasów swego istnienia (1985-87) R.A.P. nie nagrał niestety pełnowymiarowego, studyjnego materiału, mocno jednak polecam „pośmiertną” ich płytkę „Follow The Sun” (1998, wyd. Zima/ Radiostacja Gliwicka/ NiktNicNieWie) – to jeden z najlepszych tutejszych regałowych albumów ever!