Single Shot: Nick Cave & Warren Ellis „Song for Bob”.

Can’t figure it out: do you want to be like me or do you want to BE me?

By his own approximation, Bob assassinated Jesse James over 800 times. He suspected no one in history had ever so often or so publicly recapitulated an act of betrayal.

Odświeżyłem sobie ostatnio jeden z ulubionych filmów – Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford). Konstrukcja tytułu (formą nawiązująca do amerykańskich powieści groszowych z przełomu dwóch poprzednich wieków) jest zaledwie pierwszą z wielu rzeczy, która czyni go wyjątkowym i jednym z większych zaskoczeń pozostaje dla mnie fakt, że swego czasu przemknął on przez kina praktycznie niezauważony. Każdy dosłownie aspekt tego obrazu – scenariusz, obsada, sposób reżyserii, zdjęcia, scenografia – jest pulsującym ropieniem tej popularnościowej niesprawiedliwości.

Bo spójrzmy choćby na ścieżkę dźwiękową, z jej tego typu perełkami:

Song for Bob jest moją osobistą kwintesencją terminu „muzyka narracyjna”. Cały ten długi, powoli rozwijający się utwór ma strukturę snutej opowieści, przy czym nie jest to wesoła, rodzinna anegdotka, przywoływana przy niedzielnym obiedzie. Mamy tu raczej do czynienia z trudną, intymną chwilą zwierzenia, spowiedzi, zrzucenia noszonego przez lata ciężaru.

W takim ujęciu trzydziestosekundowy prolog jest dźwiękowym odpowiednikiem procesu zbierania myśli, poszukiwania odpowiednich słów, przygotowuje do wysłuchania całości historii i układa fundamenty pod jej nastrój. Następujące po nim grobowe, ciężkie niczym westchnienie smyczki rozpoczynają monolog, zarysowując kontekst zdarzeń. Delikatne, pojedyncze uderzenia klawiszy to już historia właściwa – opowiadana niepewnie, konfrontowana z ograniczeniami pamięci i języka, przerwana w pewnym momencie dłuższym, pełnym sentymentu smyczkowym solo. Dygresją? Podążeniem myślą za wspomnieniem minionych, lepszych czasów, które prawdopodobnie nigdy później nie wróciły? Po dłuższej chwili zastanawiania się nad odpowiedzią wracamy do tematu – wszystkie dotychczasowe instrumenty niespiesznie, jeden po drugim, zaczynają się ze sobą zbiegać, by w końcu wybrzmieć pełną, zsynchronizowaną linią melodyczną. Spiąć się w sobie i, przezwyciężając wahanie, opowiedzieć wszystko, niczego już nie ukrywając. Zamknięcie Song for Bob to powrót do pojedynczych dźwięków pianina, nie tak jednak chwiejnych jak w początkowej partii utworu. W których wciąż słyszalny jest smutek, ale tym razem też – ulga i opanowanie. Oraz, wybaczcie pretensjonalność, ocierane ukradkiem łzy.

Tych, którzy mimo wszystko mieli okazję film oglądnąć, stwierdzenie, że bez muzyki Nicka Cave’a i Warrena Ellisa (nie tego, niestety) nie byłby on taki sam, nie będzie oślepiało oryginalnością. Mimo całego westernowego szafarzu, wsparcia się historycznie autentycznymi postaciami i gwiazdorską obsadą, jest to bowiem autorska, dość kameralna historia o tym, że w fatalistycznie ukształtowanej rzeczywistości źródłem największych rozczarowań potrafią być marzenia. Szczególnie te spełnione. Co bez kompozytorskiego wkładu wspomnianego duetu nie miałoby szans wybrzmieć tak mocno jak ostatecznie wybrzmiewa.

Świetna historia. Świetna muzyka. Świetne wszystko. Oglądnijcie (i posłuchajcie) koniecznie.

Song for Bob
Autorzy/wykonawcy: Nick Cave & Warren Ellis
Album: The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford OST
Rok wydania
: 2007

 

Reklamy

Single Shot: Armia „Opowieść zimowa”.

Nie mogę Ci nic powiedzieć
Nie mogę Ci nic powiedzieć

Do niektórych płyt trzeba dojrzeć. Zanim skomentujecie to odkrywcze zdanie lekceważącym prychnięciem, pozwólcie, że skonkretyzuję je nieco za pomocą najnowszego, życiowego przykładu. Otóż: Armia, „Legenda”, rok wydania 1991. Przy drugim, na oko 15 lat starszym od premierowego, podejściu okazuje się, że jest to album faktycznie genialny (zdaje się, że byłem jednym z ostatnich rezydentów tutejszej szerokości geograficznej, który z tym polemizował). A syntezą tego geniuszu, jego na torcie gigantycznym kawałem wiśni, jest ten utwór:

Zaczyna się on niby klasycznym punkowym pierdolnięciem (wybaczcie słowo, ale pisanie w tym kontekście o „uderzeniu”, „mocnym wejściu” czy innym „ostrym otwarciu” byłoby komicznie szczerbate), lecz w momentach dla riffu kulminacyjnych, podkreślanych płaską, dzwoniącą gitarą, słychać już, że coś tu będzie inaczej niż zwykle. Że będzie klimat.

Klimat, dodajmy, dość podniosły, ale w sposób, w jaki podniosły może być tylko ostatni kwadrans przed uderzeniem odpowiednio dużego meteoru lub nadejścia innej formy Fundamentalnej Zmiany, Po Której Nic Już Takim Samym Nie Będzie. Ściana bezlitośnie nieprzenikalnych dźwięków, uniemożliwiająca wytchnienie galopada rytmu i rzecz, która mnie osobiście za każdym razem przyprawia o ciarki na plecach – refrenowe sprzężenie (nie wiem czy to fachowa nazwa) gitary, pełniące tu funkcję, hmm… zawodzenia? Ekspresji jakiegoś subtelnego, pogodzonego ze swym losem, ale mimo wszystko – żalu? Jakich metafor by tu nie składać, dźwięk ten – bardzo w sumie prosty – niesamowicie pogłębia wymowę całości.

Zresztą, sami sprawdźcie, o czym mowa.
(i jeśli macie pod ręką słuchawki, to koniecznie załóżcie).

Istotny dla całej atmosfery jest tu również tekst i zdecydowane brzmienie wokalu. Osobiście daleko mi do fascynacji ówczesnymi gnostyczno-poetyckimi klimatami Budzyńskiego (a jeszcze dalej do późniejszych jego skrętów), jednak w tej akurat piosence – na tej płycie! – to działa. Ciąg dramatycznie wykrzykiwanych, nie mających pozornie większego sensu sentencji przypomina (szczególnie w zwrotkach) jakiś rozpaczliwy egzorcyzm, rytuał mający uchronić przed Złym i – jeśli się nie uda – należycie przygotować na nadejście Ostatecznego. A kulminacja kawałka, z całym tamtejszym natłokiem smyczków (?), dęciaków, klawiszy, dzwonów, to chwyty jednoznacznie już apokaliptyczne.

Innymi słowy – kawał rewelacyjnej, świadomie skonstruowanej muzyki, pokazujący przy okazji jak pojemną, wbrew pozorom, konwencją jest szeroko rozumiany punk rock. Nie ukrywam, że bezpośrednią przyczyną mojego ponownego podejścia do „Legendy” była świeżo zakończona lektura autobiografii Brylewskiego, którą wypadałoby tu również mocno polecić. Czyta się jednym tchem, a przy okazji można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy dotyczących powstawania i produkcji „Legendy”, np. teorii „dźwięków siódmego planu” czy tego, że to refrenowe sprzężenie, którym się tak wyżej ekscytowałem, jest w sumie efektem przypadku. Między innymi, bo książka jest jednak przede wszystkim bardzo dobrym wywiadem z kluczową postacią ambitniejszej odmiany tutejszej sceny muzycznej ostatniego 30-lecia (z okładem). I, jak się przy tym okazuje, całkiem niegłupim człowiekiem.

Do lektury więc, chłopcy i dziewczęta! A soundtrack pod nią lepszy niż armijna „Legenda” wyobrazić sobie naprawdę trudno. (…chyba, że wyobraźnia podsunie nazwy takie jak „Kryzys”, „Brygada Kryzys”, „Izrael”, „Falarek Band”, „Świat Czarownic” czy „The Users”:)

Opowieść zimowa
Grupa: Armia
Album: Legenda
Skład: Tomasz Budzyński, Robert Brylewski, Piotr Żyżelewicz, Dariusz Malejonek, Krzysztof Banasik, Sławomir Gołaszewski
Rok wydania: 1991

Ps. Jestem świadomy istnienia wszystkich interpretacji „Opowieści zimowej” opartych na odniesieniach do nocy św. Łucji, 13.12.1981, wspomnianym wcześniej gnostycyzmie czy innych (do których piosenka daje masę pretekstów). Celowo je tu jednak pominąłem, skupiając się wyłącznie na własnych, neofickich wrażeniach.