„True Detective”, czyli piekło to inni (ludzie).

It was all the same dream. A dream that you had inside a locked room. A dream about being a person. And then like a lot of dreams, there’s a monster at the end of it.

– This place is like somebody’s memory of a town, and the memory is fading. It’s like there was never anything here but jungle.
– Stop saying shit like that. It’s unprofessional.

 True Detective logo

Jeżeli w ostatnich tygodniach uwaga Wasza nie była pochłonięta decydującymi etapami projektu wynalezienia teleportu, wydestylowania usuwającego nowotwory preparatu czy innymi, wymagającymi całkowitego poświęcenia, samotniczej pracy i nierozpraszania się błahostkami, zajęciami, wówczas na pewno słyszeliście o najnowszym osiągnięciu telewizji HBO na odcinku serialowym – „True Detective” („Detektyw”), z Woody Harrelsonem i Matthew McConaughey’em w rolach głównych. Mówili o nim Wasi znajomi z pracy i ci od pitego po niej piwa, pisały gazety i portale niezajmujące się na codzień popkulturą a tzw. „Internet” lekko wręcz oszalał, tworząc wokół fabuły najróżniejsze teorie spiskowe, odkopując utwory literackie z przełomu wieków i antycypując na ich podstawie zdarzenia kolejnych odcinków.

Popkulturowi weterani, zdający sobie sprawę, że w przypadku seriali zjawiska takie nie są niczym nowym (szczególnie po roku 2000), przewrócą sceptycznie oczyma, wspominając gorączki towarzyszące mniej („Prison Break”, „Dexter”) lub bardziej („Gra o tron”, „Sherlock” czy, mimo wszystko, „Lost”) udanym przedstawicielom gatunku. Mocniej zaawansowani stażem dodatkowo uśmiechną się lekko, przypominając sobie emocje związane z podstawówkowymi seansami „Miasteczka Twin Peaks” czy „Z archiwum X”. Jak zatem jest z „True Detective”? Czy cały szum wokół niego świadczy o faktycznej klasie serialu czy jest raczej chwilówką, popisem marketingowej sprawności HBO i podatności na nią współczesnego, internetowego widza? Pierwszy, stanowiący zamkniętą całość, sezon za nami – pokuśmy się więc o odpowiedzi.

Od razu przepraszam za małą zmyłkę. Stopniowane napięcia, mozolne dochodzenie do umieszczonej w ostatnim akapicie, efektownej (i najlepiej pod prąd idącej) konkluzji – ta notka będzie pozbawiona tego typu elementów. A to dlatego, że nie za bardzo jest nad czym deliberować – „True Detective” to zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji ostatnich lat. Skończyłem go oglądać jakiś już czas temu, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu, ciągle wracam do wybranych scen, wątków czy dialogów. Zmieńmy więc zadane wcześniej pytanie na próbę jakiegoś uporządkowania wrażeń i wskazania, co konkretnie stoi za tak entuzjastycznym tonem, którym zaczyna ociekać ten wpis.

Podstawowym spoiwem fabuły spisanej przez Nica Pizzolatto (scenarzysta i pomysłodawca serialu) jest śledztwo w sprawie dziwnego, rytualnego najwyraźniej morderstwa, popełnionego na południu amerykańskiej Luizjany (konkretnie w Vermilion Parish. Stan ten, dość symptomatycznie, dzieli się właśnie na „parafie” a nie na „hrabstwa”, jak ma to miejsce w pozostałych przypadkach). Do rozwiązania sprawy przydzielony zostaje detektyw Martin Hart i jego nowy partner Rust Cohle, powszechnie uznawany za niepokojącego/denerwującego (zależnie od sytuacji) dziwaka. Martin, w swoich oczach człowiek o uporządkowanej codzienności, normalnej sytuacji rodzinnej i zdrowych, „życiowych” poglądach, stara się ze swoim towarzyszem zaprzyjaźnić i własnym przykładem ściągnąć go na właściwe tory, z których tamten najwyraźniej wypadł. Wysiłki te dość efektownie spalają na panewce, na polu zawodowym jednak – dzięki inteligencji, zawziętości i dawnym kontaktom Rusta – duet radzi sobie dość sprawnie, będąc na najlepszej drodze do ustalenia sprawców i zdobycia statusu lokalnych bohaterów.

Rust and Marty

(Notka natomiast jest na drodze najlepszej do popsucia Ci zabawy, jeśli serialu nie oglądałaś/oglądałeś. Zaufaj w tym momencie mojemu słowu i czem prędzej to nadrób, a do lektury wróć dopiero potem – spoliery albowiem atakować będą bez litości.)

Wymyślenie czegoś nowego w temacie „mroczna historia seryjnego mordercy i ścigających go detektywów” wydaje się niezbyt wdzięcznym dziś zadaniem. Potencjalni, donkichotersko ukąszeni twórcy muszą się tu zmierzyć nie tylko z ogólną, okołochandlerowską klasyką, ale również ze współczesnymi utworami składającymi się na szeroko rozumiany „kryminalny renesans” – żeby wspomnieć tu tylko cały legion skandynawskich pisarek i pisarzy czy wiele świetnych produkcji telewizyjnych, typu „Luther”, „The Killing/Forbydelsen”, „The Fall” i innych (które tradycyjnie wymienione będą w napisach końcowych tej notki). Antybohaterscy bohaterowie i ich moralna szarość (często przechodząca w czerń), tajemnicze i okrutne rytuały zepsutych elit, spiski sięgające będących u władzy kręgów – wszystko to już było, wielokrotnie i w różnych wariantach. Nicowi Pizzolato i Cary’emu Fukunadze (reżyser) realnie groziło więc stworzenie produkcji wtórnej i niepotrzebnej. Udało im się tego jednak dość efektownie uniknąć, dzięki dwóm generalnym zabiegom: szerokości perspektywy i konsekwencji.

(Chylę czoła dla czytelniczej determinacji, jeśli kontynuujesz lekturę pomimo wcześniejszego ostrzeżenia. Niestety, w kwestii spoilerów nic się niżej nie poprawia. Wręcz przeciwnie.)

To właśnie konsekwencja – w konstrukcji bohaterów, prowadzeniu intrygi, opisie świata przedstawionego – jest czymś, co podczas oglądania serialu robi szczególnie duże wrażenie. Rust Cohle to jedna z najbardziej integralnie zbudowanych postaci w historii opowieści tego typu – prawdopodobnie tak wyglądałby Philip Marlowe, gdyby Chandler tworzył w czasach nieograniczanych przez okołowojenne standardy obyczajowe. W kreacji bohatera granego przez (rewelacyjnego tu) Matthew McConaughey’a nie ma właściwie fałszywych tonów – radykalny, nierozcieńczony żadnymi wyjątkami nihilizm, spójnie argumentowana mizantropia, wyrażany frazami pogrążonego w głębokiej depresji Schopenhauera brak złudzeń co do siebie, innych i ogólnej natury społecznego świata, służy tu czemuś więcej niż tylko uczynieniu z Rusta ubarwiającego opowiadaną historię oryginała. W postawie tej (i wynikającym z niej, pokazywanym bez znieczuleń, stylu życia) detektyw Cohle jest na tyle przekonujący, że prowokuje widza do polemiki, zmusza do podjęcia pewnego wysiłku, by tej bezzłudzeniowej wizji nie ulec. Szczególnie, że drugi z bohaterów raczej mu w tym nie pomaga – o ile Rust reprezentuje konsekwencję na granicy szaleństwa, o tyle robiący wszystko „jak należy” Marty – ze szlachetną pracą, rodziną w modelu 2+2, nieortodoksyjną wiarą i planami na przyszłość – okazuje się głębokim i bezrefleksyjnym hipokrytą. Powszechnie, w odróżnieniu od swojego partnera, lubiany, boi się konfrontować z trudnymi pytaniami na własny temat, przez co podejmuje decyzje, których efektów najczęściej przewidzieć nie chce lub nie potrafi. Spójne i empatyczne przedstawienie tego typu postaci nie jest rzeczą łatwą, a jednak z wyzwania tego ekipie „True Detective” (w tym przypadku głównie Woody’emu Harrelsonowi) udaje się wyjść ręką zdecydowanie obronną.

Angry Rust and Marty.

Poszerzaniu perspektywy serialu, czynieniu z niego czegoś więcej niż relacji z rozwiązywania kryminalnej zagadki sprzyja z kolei zastosowana, wykorzystująca przeplatanie chronologii czasowej, narracja. Konstytutywne dla fabuły śledztwo ma miejsce w roku 1995, jego historię poznajemy jednak z zeznań składanych przez detektywów 17 lat później, przy okazji innej sprawy. Zabieg ten otworzył twórcom furtki, z których skrzętnie skorzystali – od tak oczywistych jak możliwość ukazania ewolucji głównych bohaterów, przyczyn burzliwego końca ich znajomości w 2002, aż po sprytny, opierający się na różnicy pomiędzy relacją narratorów a oglądanym obrazem, zabieg zwrócenia uwagi na definicyjne momenty dla ich – mimo wszystko – przyjaźni. Pozwala to na pełniejsze przedstawienie rozwoju postaci, ukazanie (życiowych) konsekwencji ich postaw i – co tu kryć – nasze się do nich przywiązanie. Skorzystały na tym i tematy mniej górnolotne, np. wieloaspektowe i odarte z romantyzmu przedstawienie codziennej, detektywistycznej pracy. Osobiście stoję na stanowisku, że nic w tej materii nie przebije innej produkcji HBO – rewelacyjnegoThe Wire– jednak twórcy „True Detective” dzielnie trzymali się podobnych pryncypiów. Scen akcji, efektownych pościgów czy strzelanin mamy tu niewiele (choć są i wyjątki, np. świetna, nakręcona pojedynczym ujęciem scena z końcówki odcinka 4), królują obrazy przesłuchań, samochodowych rozmów (dialogi!), wykłócania z przełożonymi czy podążania za tropami, które często okazują się ślepe. W tym dążeniu do realizmu opowiadanej historii scenarzysta był na tyle – znów – konsekwentny, że wywołał spore rozczarowanie wśród dużej części oglądających, którzy rozgrzali różnego rodzaju fora i poświęcone serialowi blogi zarzutami m.in. trywialnego zakończenia sprawy śledztwa oraz niepozamykania wszystkich napoczętych podczas jego trwania wątków.

Dla mnie jednak takie poprowadzenie intrygi to właśnie jeden z mocniejszych punktów „True Detective”. Po pierwsze – realistycznie (w moim odczuciu) zwraca uwagę na dominującą w tego typu sprawach rolę przypadku, skojarzenia, kumulacji efektów rutynowych działań czy zwykłej wytrwałości/zawziętości. Po wtóre – niemożność dotarcia do wysoko postawionych członków sekty dobijających się do bram „Carcosy” czy spięcie (sugerowanych przez pierwsze odcinki) paratwinpeaksowych wątków osobą niezbyt posągowego Errola stanowi doskonałe domknięcie obrazu przedstawionej w serialu rzeczywistości, w której „piekło to inni” (ludzie). W świecie serialowej Luizjany zła nie czynią jakieś nadprzyrodzone, nieczyste i zewnętrzne wobec człowieczego gatunku siły, tylko sami jego przedstawiciele – często trywialni i podpierający się różnego rodzaju mętnymi konstruktami mitologicznymi. Natomiast jednostki, które się im w taki czy inny sposób przeciwstawiają, muszą zakładać, że – przy odrobinie szczęścia – będą mogły liczyć co najwyżej na możliwość powtórzenia za Marty’m: „We ain’t gonna get em all. That ain’t what kind of world it is. But we got ours”.

Church.

W trosce o Wasz dzisiejszy wieczór zmusiłem się do pominięcia w tym opisie wielu innych, stanowiących o klasie serialu, kwestii. Niewiele na przykład wspomniałem o rewelacyjnym aktorstwie – o tym, że Matthew McConaughey faktycznie wszedł w najlepszy okres swojej kariery i tym, że równie mocne pochwały należą się Woody’emu Harrelsonowi, który, przekonująco kreując „poczciwego hipokrytę”, mógł mierzyć się z trudniejszym nawet zadaniem. O godnej „Kaznodziei” galerii postaci drugoplanowych. Ledwo tylko napomknąłem, jak ważne dla odbioru całości jest umieszczenie akcji w lepkiej, dusznej, dosłownie oraz metaforycznie bagnistej serialowej Luizjanie. O tym, że podobnie jak Kongo w conradowskim „Jądrze ciemności”, pełni ona w „True Detective” rolę równorzędnej bohaterki, będącej więcej niż pośrednią przyczyną surowości, obłędu czy zrezygnowania tubylców, wymęczonych codziennymi zmaganiami ze stawianymi przez nią warunkami (odpowiedzialny za zdjęcia Adam Arkapaw jest zresztą specjalistą od fabularyzowania otoczenia – błyszczał tą umiejętnością również wTop of the Lakei niedocenionymAnimal Kingdom).

Zamiast opisywania tych oraz dziesiątek innych zalet serialu, zamiast rozrzucania przymiotników, patetyzujących układane na jego cześć peany, powtórzę raz jeszcze – „True Detective” to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat. Wszelkie związane z nią zachwyty i entuzjastyczne zamieszania były wyjątkowo słuszne. To świetnie zrealizowana, wciągająca opowieść o niełatwej przyjaźni, upływającym czasie, przeciekającym przez palce życiu i konsekwencjach najbardziej nawet błahych decyzji czy zdarzeń. Oraz o – górnolotnie zwanej – „naturze zła”, za istnienie którego nie da się, niestety, zrzucić odpowiedzialności na (dowolnie definiowane) siły wobec ludzkości zewnętrzne. Szczerze więc zachęcam do oglądania. Acz ostrożnie. Mimo, że na opowieść składa się tylko jeden, ośmioodcinkowy sezon, to jeśli niewłaściwie wybierzecie moment startu (niedzielny, dajmy na to, wieczór), wówczas „getting to work on time” może być ostatnią rzeczą, z jaką będzie się Wam kojarzył dzień kolejny.

Landscape.

True Detective („Detektyw”)
Reżyseria: Cary Fukunaga
Scenariusz: Nic Pizzolatto
Rok produkcji: 2014
Pokrewne sprawy: Jądro ciemności (Joseph Conrad), Luther (BBC 2010-2013), The Fall (BBC 2013-…), The Wire (HBO 2002-2008), Se7en (1995, reż. David Fincher), Prisoners (2013, reż. Denis Villeneuve), Kaznodzieja („Preacher”, scen. Garth Ennis , rys. Steve Dillon, Egmont 2002-2007), Prosto z piekła („From Hell”, scen. Alan Moore, rys. Eddie Campbell, Timof 2008), skandynawskie kryminały.
Ścieżka na poseans:


Tak jest, ścieżką do „True Detective” również się zachwycam. Nie ma jednak wyjścia, skoro jej częścią są Melvins (z ulubionego jak dla mnie, sludge’owego okresu) w – pozornie dla nich egzotycznym – otoczeniu hitów outlaw country i innych, związanych z deltą Missisipi, gatunków. A jednak, również w tym aspekcie – to działa!

 

Reklamy

‚Rebel girl, you are the queen of my world’.

I have no idea how I would ever, like, have an excuse to talk to her… ‚Till I noticed she and her friends hang out and play Street Fighter at the 7-11 every day after school.

The girls on the stage were just so loud and real and awesome and everybody was moving together like one huge tide of sound.

ghome0Wielomiesięczna, międzykontynentalna podróż dobiegła końca, wracasz więc wreszcie do rodzinnego domu, a chęć atakowania bliskich zamaszystymi anegdotami, przeplatanymi krótkimi seriami dygresji aż Cię rozpiera. Taksówka dojeżdża na miejsce, kierowca uprzejmie wypakowuje bagaże, a Ty w pośpiechu chronisz się w ganku przed nadciągającą burzą. Entuzjazm zamiera Ci jednak na twarzy w momencie, w którym zdajesz sobie sprawę, że dom jest zupełnie pusty. Dom – dodajmy – wiekowy i stojący na leśnym uboczu. Skąpany – nie pomińmy i tego – w mroku późnego wieczora i cieniach drzew przesuwających się po ścianach. Wypełniony – a jakże! – dźwiękiem trzaskających zbyt blisko piorunów oraz kropel deszczu agresywnie napierających na szyby.

Każda, mająca za sobą jako-takie doświadczenia z grami wideo (i nie tylko), osoba, zetknąwszy się z tego typu zawiązaniem akcji automatycznie zacznie przeczesywać wirtualne kredensy w poszukiwaniu łomu, kropidła czy – przy odrobinie szczęścia – rewolweru wypełnionego srebrnymi kulami. Od progu bowiem czuć tutaj atakiem czegoś bezbożnego. Tymczasem to tylko pierwsza z serii zabaw z Twoimi przyzwyczajeniami, oczekiwaniami czy szerzej: emocjami, jakie funduje „Gone Home” – jedna z najciekawszych gier minionego roku.

(Będę się starał tego unikać, ale reszta tekstu może delikatnie podspoilowywać fabułę. Z naciskiem na „delikatnie”, więc czytać spokojnie można, tym bardziej, że wartość tej akurat gry nie opiera się na jakichś nagłych zwrotach akcji. Ale w razie czego – zostaliście ostrzeżeni.)

Najciekawszych, ale też (a może właśnie dlatego) wzbudzających masę sporów. Głównym wyzwaniem dla zatwardziałych graczy jest fakt, że nie jest to gra w tradycyjnie przynależnym im rozumieniu. Nie zdobywa się tu żadnych punktów, nie wypełnia „misji”, nikogo nie pokonuje ani nie wykazuje talentami zręcznościowymi. Więcej nawet – w ogóle nie jest się jej bohaterem (do tego jeszcze wrócę). Cała przyjemność płynie tu z, hmm… całościowego, na granicy podglądactwa i naruszania intymności, poznawania pewnej historii, odkrywania jej kolejnych warstw i wątków, składania ich i interpretowania na swój sposób. Brzmi trochę zawile, ale już tłumaczę, o co chodzi.

W sytuacji opisanej na początku tego tekstu, autorzy „Gone Home” (czteroosobowe studio The Fullbright Company) stawiają postać, w którą wciela się gracz – dwudziestoletnią Katie Greenbriar. W trakcie jej podróży rodzina zdążyła zmienić adres, tym bardziej więc miejsce jest dla niej nowe, a brak żywego ducha – zaskakujący. Od tego momentu przejmujemy nad naszą bohaterką kontrolę i – spodziewając się najgorszego – wspólnie staramy się dociec, co tę masową nieobecność spowodowało. Dość szybko okazuje się, że nie stoją za nią żadne nadprzyrodzone dramaty, tylko przyczyny w swym charakterze nieco bardziej trywialne (zagrajcie, aż tak spoilował nie będę). W tym jednak momencie odkrycie to mało nas interesuje, bo od jakiegoś już czasu zassani jesteśmy przez proces rekonstrukcji tego, co działo się w rodzinie w ciągu naszej (Katie) nieobecności. Odkrywamy zatem, że młodsza siostra (Sam) nie jest już tym samym dzieciaczkiem, z jakim się żegnaliśmy – zaczyna dorastać, autonomizować się, w przynależny jej wiekowi sposób rozmyślać o naturze rzeczywistości i swoim w niej miejscu, a przede wszystkim – po raz pierwszy się zakochuje. W miarę eksplorowania zakamarków domu dowiadujemy się również o skomplikowanym punkcie, w jakim znaleźli się nasi rodzice, dziwacznym wujku, do którego wcześniej należała posiadłość oraz kilku innych rodzinnych sprawach czy sekrecikach.

ghome9

Tak jest, ta gra traktuje właśnie o tego typu przygodach. Jest porządną, obyczajową historią opowiedzianą za pomocą medium, które dotychczas z takim gatunkiem kojarzone było raczej słabo. Nurt ten (przez jednych określanych mianem notgames, przez innych: slow games) rośnie ostatnio w siłę, a jedną z jego cech charakterystycznych jest to, że żaden opis, recenzja czy oglądany na jutubie gameplay nie odda przyjemności obcowania z reprezentującymi go produkcjami. Spójrzcie na ostatnie zdania poprzedniego akapitu – brzmią mniej więcej tak ekscytująco, jak streszczenia przyszłotygodniowych odcinków „Klanu”. W praktyce jednak „Gone Home” na dwie godziny, niepostrzeżenie odrywa nas od świata. Główny na to wpływ ma umiejętne żonglowanie przez twórców trzema (w porywach do czterech) sprytnymi zabiegami.

Pierwszym z nich jest bliskie mistrzostwu wykorzystanie przestrzeni. „Gra przestrzenią” – jeden z charakterystycznych dla growego medium zabiegów (bardzo dobry materiał na ten temat można po polsku przeczytać tutaj. Szczerze zresztą polecam cały blog, jak dla mnie najlepszy w swoim temacie) – została tu wydestylowana i ustawiona w pozycji głównego budulca (a bardziej hipstersko: efektu immersyjnego) gry. Układ pomieszczeń, korytarze, to, co zastajemy w pokojach, bałagan na biurku ojca, pozamykane szafki siostry – każdy szczegół otoczenia ma tu znaczenie, mówi nam coś o domownikach i momencie życia, w jakim się znajdują. Nawet, jeśli niektóre elementy nie służą bezpośrednio głównemu wątkowi fabularnemu (jak to robią np. wpisy do dziennika Sam), to sprzyjają budowaniu specyficznego klimatu, oswajaniu otoczenia, interpretacji kontekstu czy wzbudzaniu w graczu konkretnych emocji, które sprawią, że będzie chciał (lub chciała) sprawdzać kolejne pomieszczenia i zapoznawać się z resztą historii związanych z rodziną Greenbriarów.

ghome5

No właśnie, skoro już jesteśmy przy emocjach, to przejdźmy do Nostalgii (wielkie eN jest tu jak najbardziej celowe) – kolejnej rzeczy, która czyni ten tytuł tak wyróżniającym się. Szczególnie mocno odczuwana będzie przez graczy, których dorastanie przypadło na okres lat 90., gdyż gra zatopiona jest w głębinach tamtej właśnie dekady. Twórcy nie potraktowali tego zabiegu wyłącznie jako pretekstu pozwalającego uniknąć obecności tabletów czy komórek (kłopotliwych dla sensowności efektu „nikogo nie ma, i co teraz?”) – przeciwnie, uczynili go głównym spoiwem wiążącym gracza z przedstawionym światem. I podstawowym, definicyjnym atutem gry. Oczywiście kategoria nostalgii jest sprawą mocno indywidualną, ale „Gone Home” dba o to, żeby w tej kwestii każdy znalazł coś dla siebie. O ile więc nie wszyscy uśmiechną się pod nosem na wspomnienie swoich pierwszych punkowych koncertów (jeden z istotniejszych czynników formacyjnych dla Sam) lub nie każdego (i nie każdą) wzruszy widok charakterystycznej estetyki informujących o nich plakatów, to już kolekcja nagranych na VHSach odcinków „X files”, składankowych kaset z muzyką (można odsłuchiwać!) czy przypomnienie pierwszych miłosnych uniesień (i infantylnych prób ich słownego opisywania) ma szansę w błogi, wspominkowy nastrój wprawić dowolną osobę. A jeżeli, zbiegiem okoliczności, z latami 90. kojarzy Ci się każda z tych kwestii, to otrzymujesz, szczęściarzu (szczęściaro), swoją grę roku.

ghome1

Następnym z serii wciągających trików jest mylenie tropów, swoista gra graczem i jego konwencjonalnymi oczekiwaniami. Pisałem już o zmyłkach związanych z chwytami żywcem przejętymi z tworów grozy – tych zdecydowanie najwięcej jest na początku (zakrwawiona wanna, pozostałości po okultystycznych zabiegach, złowieszczy i niedostępny przez większość rozgrywki strych i wiele innych). Jak już się do nich przyzwyczaimy, to oczekiwania nasze zwrócą się w kierunku „zwykłej” przygodówki – z zagadkami, tajnymi przejściami, uciekającym czasem i wartką akcją. I znów pudło (choć już bliższe). Aż w końcu orientujemy się, że w ogóle nie jesteśmy bohaterami gry, w którą gramy (mimo sugerującego to wstępu czy pierwszoosobowego widoku). Ostatecznie wszystkie te zwody okazują się mieć kontekst zdecydowanie przyziemny, co – o dziwo – nie tylko nie drażni ale wywołuje efekt dokładnie przeciwny – trzymanie się z dala od różnego rodzaju transcendencji urealnia fabułę i wiąże nas z bohaterami i ich problemami jeszcze bardziej. Osobiście jestem zachwycony tym zabiegiem – wszystkie efekty specjalne, uatrakcyjniające rozgrywkę, nasycające ją emocjami i ekscytacjami, wytwarzane są w głowie gracza. A stopień atrakcji, towarzyszących liniowo w gruncie rzeczy opowiadanej historii, zależy od rozmiaru jego/jej wyobraźni i (pop)kulturowego zakorzenienia. Taki charakter narracji osiągalny jest chyba tylko dla gier wideo właśnie (na dziś jednak – radykalnie niektórych).

gh1Ostatni element, o którym chciałbym wspomnieć, jest już warunkowy i mocniej zindywidualizowany. Otóż: punk rock. Lonnie, przyjaciółka i pierwsza miłość młodej Sam (swoją drogą – homoseksualizm obu dziewcząt jest tu traktowany jako coś zwyczajnego i  to też jest jeden z fajniejszych aspektów fabuły) jest mocno zaangażowana w Riot Grrrl – aktywny w latach 90. nurt feministycznie zaangażowanego odłamu tej subkultury. Utożsamiające się z nim dziewczyny (chłopaki też) poruszały ważne sprawy, nie owijając w bawełnę i słusznie unikając poetyki prosząco-kompromisowej (co wzbudzało popłoch nawet w obrębie ówczesnej sceny punkowej, niewolnej od różnego rodzaju uprzedzeń), czemu towarzyszyły odpowiednio energetyczne podkłady dźwiękowe. Lonnie gra więc w kapeli, nagrywa dla Sam składanki i zaraża swoją dziewczynę ideami ruchu. Mamy dzięki temu okazję zetknąć się ze sporą ilością dobrej muzyki (Bratmobile!) i innymi atrybutami ówczesnego scenowego niezbędnika: zinami, badzikami, plakatami i ulotkami. Dla kogoś, kto orientuje się w temacie – dodatkowe 500 punktów do rubryki „nostalgia”. Dla pozostałych – kolejny, potencjalnie ciekawy i wzbogacający fabułę wątek.

Wady? Są i wady, wskazać je nietrudno. Rozgrywka jest, wbrew początkowym pozorom, dość liniowa. Gra jest krótka, szczególnie w stosunku do aktualnej ceny (w oderwaniu od niej czas przejścia, zajmujący jeden wieczór, jest idealny – szczególnie w kontekście genezy nazwy tego bloga). Sama opowieść, jeśli przyjrzeć się jej na chłodno, połyskuje prostotą i zbytnią momentami egzaltacją. Ale w tym akurat przypadku przyglądanie się na chłodno nie ma sensu – przecież tak samo prosta i egzaltowana jest duża część naszych własnych, nastoletnich wspomnień, a jestem wręcz pewien, że większość z czytających może przywołać i takie, do których uśmiecha się dziś z zażenowaniem bardziej niż wyraźnym. Na tym właśnie opiera się efekt tej gry – niepostrzeżenie rekonstruuje charakterystyczną dla okresu „burzy i naporu” emocjonalność, przenosi nas w czasie i prowokuje do przypomnienia siebie sprzed lat. Lat słusznie minionych, ale jednak, w chwilach słabości, wspominanych z mniejszym lub większym rozrzewnieniem. Sprawdźcie sami. Nawet (szczególnie!) w sytuacji kiedy za tradycyjnymi przedstawicielami gier komputerowych za bardzo dotychczas nie przepadaliście.

Gone Home
Producent: The Fullbright Company
Rok wydania: 2013
Polska wersja językowa: brak (dostępne są w sieci fanowskie spolszczenia).
Pokrewne sprawy: Dear Esther (thechineseroom 2012 – inna, rewelacyjna gra w tym klimacie), Six Feet Under (HBO 2001-2005), Ghost World (scen. i rys. Daniel Clowes, Kultura Gniewu 2006), Black Hole (scen. i rys. Charles Burns, Kultura Gniewu 2007).
Ścieżka pod rozgrywkę:

Bikini Kill, nie mogło być inaczej. Niestety, w Gone Home tej zdecydowanie najlepszej Riot Grrrl-owej ekipy zabrakło (pojawiają się tylko na plakacie), nadróbmy to więc tutaj. Dziewczyny łoiły rasowego punk rocka – zadziornego, a jednak opartego na całkiem dobrych melodiach i świetnej wokalistce. Zainteresowanym polecam szczególnie dwie płyty – „Reject All American” (1996) i „Pussy Whipped” (1993).

Sex, drugs and stock exchange. ‚Wilk z Wall Street’ Martina Scorsese.

So money doesn’t just buy you better life, better food, better cars, better pussy – it also makes you a better person. You can give generosity to the church or political party of your choice.

Ok, walking is out...

Czas już chyba oficjalnie rozmyślać nad jakąś chwytliwą nazwą nowego filmowego, hmm… nurtu? Zjawiska? W kategorii Reżyserów Mających Na Koncie Przynajmniej Jeden Wart Uwagi Film zapanowała albowiem moda, aby mierzyć się z nowoczesnymi, w ich mniemaniu, formami kina i nakręcić „Pulp Fiction” naszych czasów. Albo przynajmniej jakiś „Przekręt”. Z elementami „Trainspottingu”.

train1

Zaczęło się, o ile dobrze kojarzę, od Andrew Dominika, reżysera genialnego „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” (zwrot „genialny” nie jest tu figurą retoryczną, to jest autentycznie jeden z lepszych filmów jakie widziałem) i jego kolejnej produkcji „Zabić, jak to łatwo powiedzieć” („Killing Them Softly”, 2012). Potem z szafy wyszedł Oliver Stone, którego wyraźnemu kryzysowi formy kres miało położyć młodzieżowe „Savages” (2012). Kwartał później, Martin McDonagh, autor błyskotliwego „In Bruges” (polski tytuł bojkotuję celowo), zaprezentował światu „7(-miu) psychopatów” („Seven psychopats”, 2012)… Dwutysięczny dwunasty – to był taki właśnie rok. A wraz z nadejściem kolejnego, na zmiennika w tej dziwacznej sztafecie wyznaczył się – argh! – Martin Scorsese:

Okrzyk, który wyrwał mi się w zdaniu poprzednim, to dźwięk przedpremierowego niepokoju. Wszystkie bowiem wymienione wcześniej dzieła przed seansem zapowiadały się co najmniej nieźle (bo reżyser, bo obsada), aby w jego trakcie okazywać się albo po prostu słabymi („7 psychopatów”) albo bożesztymójdlaczegóżpocóż-słabymi (pozostałe). W tym miejscu ewentualne wątpliwości należy więc jednoznacznie rozwiać: z całej tej plejady to właśnie „Wilk z Wall Street” jest filmem zdecydowanie najlepszym. Niestety, nie oznacza to, że jest filmem dobrym. Jest niezły, ale nic ponadto.

wilk2Jak zapewne tu i ówdzie już wyczytaliście, opowiada on, opartą na wspomnieniach autentycznej postaci, historię Jordana Belforta – człowieka obdarzonego naturalną charyzmą, gigantycznym talentem oratorsko-sprzedażowym i osobowością, którą bezwyjątkowo, przynajmniej do pewnego momentu, ujmuje otoczenie. Do tego chłopak jest ambitny, a w USA późnego Reagana jedynym godnym rozpoczęcia kariery miejscem jest dla takich jednostek Wall Street. Udaje się tam i młody Jordan, dość łatwo otrzymując stanowisko „connectora” (kogoś w rodzaju asystenta maklera), na którym błyskawicznie przyswaja zasady rządzące branżą oraz to, że są one zupełnie inne od tego, co mu się wcześniej na ich temat zdawało (pokłony dla Matthew McCounaughey’a za mentorski epizod!). „Inne” nie oznacza jednak „trudniejsze”, „rozczarowujące” czy „mniej akceptowalne”. Przeciwnie – talenty Jordana okażą się tam idealnie pasować, rozkwitną wręcz, nie zważając na przejściowe problemy typu „czarny poniedziałek’87” czy rosnące zainteresowanie organów ścigania jego kreatywnością. A nam dadzą okazję do niemal trzygodzinnego śledzenia transformacji głównego bohatera w tytułowego wilka i szczegółów jego drapieżniczego żywota: dzikich imprez, ryzykownych operacji finansowych, niewyobrażalnych luksusów, niezliczonych kobiet, kilogramów kokainy (i innych, mniej lub bardziej rozpoznawalnych substancji), specyficznego życia rodzinnego czy potyczek z agentem Denhamem.

Domeną pierwszej części tego wpisu była mała erupcja sceptycyzmu, więc teraz może o tym, co w filmie jest bezwzględnie dobre.wilk3 Dobre są postaci drugoplanowe – menażeria (wataha?), z którą Belfort zakłada swój biznes jest, hmm… jedyna w swoim rodzaju. Odgrywający ją aktorzy stanęli przed trudnym zadaniem wykorzystania kilkuminutowej obecności na zaprezentowanie się w sposób odpowiednio groteskowy, nie puszczając się przy tym całkowicie poręczy autentyzmu – w końcu musimy, jako widzowie, choć trochę uwierzyć, że w tym szaleństwie była metoda, która prowadziła na szczyty. I chyba wszyscy drugoplanowcy radzą sobie z tym wyzwaniem co najmniej dobrze, a Jonah Hill, Jon Bernthal czy wspomniany wcześniej Matthew McCounaughey – wręcz świetnie. Dobry jest też montaż – szybki, dynamiczny, efektownie wykorzystujący szerokie plany. Udane są dialogi, muzyka i niektóre sceny imprezowe – te pierwsze zabawne, ta druga udanie dopasowana do akcji, te ostatnie – imponujące rozmachem.

Ale niezaprzeczalnie największym atutem „Wilka…” jest Leonardo DiCaprio. Jest tak dobry, że aż wydzielę mu osobny akapit, ryzykując, że zaraz przyśniecie albo uciekniecie na fejsa. Leo dosłownie staje się Jordanem, idealnie łącząc proporcje narcyzmu, czaru, przebiegłości, pychy, ogólnego życiowego wyluzowania i szczypty zaskoczenia tym, że praktycznie wszystko mu się udaje (pole do popisu poszerza mu przyjęty w filmie sposób narracji, polegający na bezpośrednim zwracaniu się do widza). Po oglądnięciu filmu ciężko sobie wyobrazić, żeby rzeczywisty Belfort nie mógł mieć twarzy, gestów i cynicznego uśmiechu DiCaprio. Działa to i na odwrót – oglądając  „Wilka…” zapominamy o poprzednich wcieleniach Leo, co w przypadku tego akurat aktora najdobitniej świadczy o jakości pracy, jaką tu wykonuje. Współpraca ze Scorsese wyraźnie mu służy i pewnie, za piątym podejściem, dostanie w końcu tego Oscara. Według mnie – jak najbardziej zasłużenie (edit: nie dostał).

wilk1

Mimo wszystkich powyższych atutów, „niezły” to wszystko, na co mogę się zdobyć w kontekście tego filmu. Główną jego przypadłość stanowi fakt, że jest o niczym, mimo, że wyraźnie widać, że o czymś jednak być chciał. Niektóre fragmenty (wątek zakładania firmy, przemowy motywacyjne Jordana, poczciwy agent Denham, końcowe sceny rodzinne) dają odczuć, że miała to być satyra (bo „moralitet” to już chyba zbyt daleko idąca spekulacja) ukazująca wirtualne mechanizmy, na jakich opiera się Wall Street oraz to, że stoją za tym wszystkim raczej bezczelne cwaniaczki niż demoniczni Gordonowie Gekko. I tak by prawdopodobnie było, gdyby Scorsese nie uległ czarowi momentu, w którym zdał sobie sprawę, że on – 70-cio latek! – potrafi kręcić efektowne, imprezowe sceny. Na tyle, że żadnej z nich nie usunął i nie skrócił (przynajmniej takie jest wrażenie), przez co tracą one z biegiem czasu swój ewentualny, metaforyczny potencjał. Zamiast zwracać uwagę na to, że jedynym aspektem życia, który ma dla głównych bohaterów faktyczne znaczenie są szalone bibki (który to przekaz, mam wrażenie, reżyserowi jednak po głowie chodził), staje się „Wilk…” po prostu owych bibek i  związanych z nimi anegdot zapisem. Są one sednem, sensem i głównym filarem fabuły. A jeśli coś źle odczytałem i nowa produkcja Scorsese od początku miała być niczym więcej niż tylko „Projektem X” dla widowni 30+, to na tym polu banku również nie rozbija – fantazyjne ekscesy bohaterów z czasem powszednieją i robią się po prostu monotonne (dla filmu o epickim imprezowaniu efekt lekko śmiertelny).

Więc tak: oglądnąć można, ale – trzymając się tutejszej poetyki – nocki przez „Wilka…” raczej nie zarwiecie. Nie jest on na pewno taką sensacją, na jaką wskazywałyby różnorakie, medialne doniesienia (na opisy inne niż „Scorsese w życiowej formie!” natknąć się naprawdę trudno). A jeśli na przykład kwestie budżetowe (lub brak czasu, lub jeszcze inna złośliwa sytuacja) postawiłyby Was przed dylematem wyboru jednego tylko kinowego seansu w tym miesiącu, to wg mnie – w kategoriach czysto filmowych – lepszą decyzją będzie na przykład nowy Smarzowski. Ale to już wątek na osobną notkę.

„Wilk z Wall Street” („The Wolf of Wall Street”)
Reżyseria: Martin Scorsese
Rok produkcji: 2013
Pokrewne sprawy: Przekręt („Snatch” 2000, reż. Guy Ritchie), cokolwiek Tarantino, Trainspotting (1996, reż. Danny Boyle), Projekt X (2012, reż. Nima Nourizadeh), Wall Street (1987, reż. Oliver Stone), EKG – ekonomia, kapitał, gospodarka (TOK FM, codziennie o 9:00).
Ścieżka na poseans:

Najbardziej trafny będzie chyba, dawno niesłyszany, kawałek ze wspomnianego na początku „Trainspottingu”. Poza tym, że jest to film, na tle którego wyraźnie widać, co się w „Wilku…” nie udało, to i sam Iggy swoim regularnym przekraczaniem norm na trudnym odcinku hedonistycznym mógłby zawstydzić dowolnego Belfotra. I wciąż jest w branży!

Już razem, ale wciąż osobno. Jagielskiego dyptyk o RPA.

‚Albo przeżyjemy wszyscy, albo wszyscy zginiemy’ – krzyczał wielkimi czerwonymi literami tytuł z gazetowej czołówki.

Nic nas nie pokona, jeśli będziemy żyć w zgodzie. Najlepsze życzenia urodzinowe śle personel więzienia Pollsmoor.

jagielski wypalanie„Wypalanie traw” i „Trębacz z Tembisy” są najlepszymi pozycjami w dotychczasowej bibliografii Wojciecha Jagielskiego. Zdanie takie ma swoją wagę, gdyż jego akurat dorobek na brak świetnych reportaży nie cierpi – wystarczy wspomnieć „Modlitwę o deszcz” czy „Wieże z kamienia”, że wyliczę tylko te, które miałem okazję czytać. Różnica jest taka, że dwie ostatnie książki pisane są, hmm… z dala od warunków bojowych. Jagielski jakiś czas temu zrezygnował z zawodu korespondenta wojennego na rzecz aktywności nieco spokojniejszych (o przyczynach tego kroku dość wyczerpująco opowiada wydana niedawno książka jego żony, Grażyny, oraz dostępne tu i ówdzie wywiady). Przedtem jednak (a może to jest właśnie istota zmiany?) postanowił przejrzeć stare notatki, uporządkować wątki zawarte w swoich dawnych relacjach i poprzeglądać nadgryzione wcześniej historie. I być może idę tu w lekką nadinterpretację, ale właśnie ten dystans, oddalenie od linii ognia, okazało się dla jego twórczości odświeżająco korzystne.

jagielski trębaczAle zanim o tym, to może najpierw o samych książkach. Obie traktują o Republice Południowej Afryki, meandrach jej historii  i zmianach, jakie kraj ten przechodził w ciągu ostatniego półwiecza (z okładem).  Nie chodzi tu oczywiście o suchy opis socjohistorycznych faktów, narracja – zgodnie z najlepszymi tradycjami literackich reportaży – opiera się na opowieściach o konkretnych ludziach, których autor spotyka na miejscu i czyni bohaterami swoich książek. Poznajemy więc historie ich życia, codzienne radości i troski, sposoby na funkcjonowanie w rzeczywistości poprzecinanej wyrazistymi granicami i na tle Wielkiej Historii przetaczającej się po ich podwórkach. Bohaterów Jagielski dobiera w sposób bardzo przemyślany. W obu tytułach mamy do czynienia z postacią główną – osobowością znaną powszechnie, wywierającą realny wpływ na życie swojego kraju – której perypetie są osią fabuły i wokół której koncentrują się historie postaci drugoplanowych (choć jeśli czytaliście już którąś z tych książek to wiecie, że nie jest to określenie sprawiedliwe). Nadaje to całemu reportażowi odpowiedniej głębi, każde przełomowe wydarzenie mamy bowiem szansę oglądać zarówno z perspektywy „mainstreamu” (rozumianego jako punkt widzenia kreatorów głównych nurtów południowoafrykańskiej polityki) jak i szeregowego jego uczestnika czy jednostki, na którą wywarło bezpośredni wpływ.

etb

W „Wypalaniu traw” bohaterem spajającym fabułę jest Eugene Terre’Blanche – samozwańczy władca burskiego miasteczka Ventersdorp i bezwzględny strażnik segregacyjnego porządku nawet po jego formalnym upadku. Postać z jednej strony tragiczna (na swój sposób), z drugiej – groźna i groteskowa (w tym typie osobowościowym połączenie nierzadkie). Filarem „Trębacza z Tembisy” jest z kolei Nelson Mandela (tutaj opis sobie daruję), czyli mieszkaniec najdalszych zakątków przeciwległej barykady. Już sam taki dobór narracyjnych punktów granicznych odsłania ambicje autora, aby ukazać racje i punkt widzenia każdej ze stron południowoafrykańskiej rzeczywistości. Co udaje się bardzo dobrze – Jagielski unika uproszczeń, wystawiając na próbę nasze stereotypowe rozumienie wydarzeń tamtej części świata.

Jak jednak wspomniałem wcześniej – to postaci teoretycznie drugoplanowe są miąższem pisarstwa Jagielskiego i to one ustawiają, zagęszczają i mnożą konteksty wydarzeń, które nam on przedstawia. Od Tommy’ego Lerefolo – byłego szeregowego bojownika o prawa czarnej większości, dla którego okazało się, że „zwycięstwo, o które walczył, (…) należało do wszystkich. Także do tych, którzy niczego się nie domagali, na wszystko godzili, byli dobrymi czarnuchami” – dowiemy się o gigantycznych pokładach goryczy wśród teoretycznych zwycięzców. Losy zuluskiego wodza Mangosuthu Buthelezi czy Raymonda Boardmana – potomka angielskich farmerów, postrzeganego jako wróg zarówno przez afrykanerów (bo Anglik i sprzeciwiający się apartheidowi „przyjaciel czarnych”) jak i tubylców (bo biały i farmer) – zwrócą naszą uwagę na to, że stron w tamtejszych sporach było/jest więcej niż dwie, które dostrzegamy z perspektywy Europy. Król południowoafrykańskich kibiców (tytuł oficjalny!) i domniemany wynalazca wuwuzeli, Freddie „Saddam” Maake uświadomi, że walka walką, ale dzień powszedni trzeba sobie też jakoś organizować (żeby przeżyć) i urozmaicać (aby nie oszaleć i nie poddać się rozpaczy). Jagielski stara się nie pominąć żadnego reprezentanta rzeczywistości, którą opisuje, takich świadectw, wątków i punktów widzenia jest więc w obu książkach dużo więcej. Obok waloru czysto poznawczego sprawia to, że czyta się je niczym najlepsze powieści. I podobnie jak one – wciągają straszliwie.

mandela2

I to chyba właśnie położenie (jeszcze) większego nacisku na ową literackość reportaży czyni główną różnicę między Jagielskim „azjatyckim” a „południowoafrykańskim”. Oczywiście była ona u niego obecna i na „wojennym” etapie kariery – mocne związki z literaturą są zresztą charakterystyczne dla całej tzw. polskiej szkoły reportażu, z Kapuścińskim na czele. Jednak zarówno „Trawom” jak i „Trębaczowi” – z ich wielowątkową fabułą, zaburzeniami chronologii narracyjnej, wyrazistymi bohaterami i bogatym opisem zróżnicowanych motywacji nimi kierujących – dużo bliżej do rasowej powieści niż do klasycznego reportażu. Wrażenie to pogłębia obecność takich problemów jak rozważania na temat natury dziennikarskiego powołania oraz pasji – zjawiska mającego moc zmiany ludzkiego życia (a czasami i świata), ale też wystawiającego wysokie rachunki za konsekwentne się jej poświęcenie (jeden z ważniejszych kluczy interpretacyjnych „Trębacza z Tembisy”). Jagielski odważniej niż miał to dotychczas w zwyczaju przekracza granicę między reportażem a powieścią, a mam wręcz wrażenie, że kwestionuje sam sens jej wyznaczania. Można dyskutować czy ewolucja ta jest zasługą dystansu czasowego, geograficznego czy (przede wszystkim) życiowego, który autor ostatnimi czasy sobie narzucił. Kwestia to jednak mocno drugorzędna. Liczy się co innego – świetnie się to czyta, a po skończonej lekturze człowiek czuje się mądrzejszy. I jak dla mnie to najlepsza rekomendacja dla tego segmentu – zdecydowanie już – literatury.

Jeśli więc w jakiś sposób interesujecie się Republiką Południowej Afryki i tym, co się tam działo (i dzieje nadal), to zarwana za sprawą lektury nocka jest właściwie pewna. Jeśli ten rejon świata nieprzesadnie was dotychczas zajmował, to, po pierwsze – całkiem możliwe, że teraz zacznie, a po drugie – i tak nieraz położycie się później niż planowaliście. W tym przypadku jednak sińce pod oczami nosić będziecie ze sporą satysfakcją.

Wypalanie traw (2012)
Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli (2013)
Autor: Wojciech Jagielski
Wydawnictwo: Znak
Pokrewne sprawy: oczywiście Ryszard Kapuściński (szczególnie „Gdyby cała Afryka”, „Heban” i „Szachinszach”), ale też Cry Freedom (1987, reż. Richard Attenborough), Tsotsi (2005, reż. Gavin Hood), Dystrykt 9 (2009, reż. Neil Blomkamp)
Ścieżka pod lekturę:

Jak widać, echa walki czarnej mniejszości z apartheidem i wybuchu powstania w Soweto docierały również do Polski i niektórych przedstawicieli ówczesnego nadwiślańskiego udergroundu muzycznego. Za czasów swego istnienia (1985-87) R.A.P. nie nagrał niestety pełnowymiarowego, studyjnego materiału, mocno jednak polecam „pośmiertną” ich płytkę „Follow The Sun” (1998, wyd. Zima/ Radiostacja Gliwicka/ NiktNicNieWie) – to jeden z najlepszych tutejszych regałowych albumów ever!

‚Lazarus’, czyli Occupy jednak przegrywa.

A sniper and a headshot could solve all our problems, Jonah.

– Result: full hypovolemic decompensation with corresponding respiratory collapse (…) or, according to telemetry, down and dying. Now, the question: how long were you out?
– I’m… not sure… A minute? Maybe two?

Trafiłem nlazarus1aa tą serię w sumie przypadkiem, zachęcony promocyjną ceną któregoś zeszytu, okładkami w lubianej przeze mnie konwencji i trzyzdaniowym opisem, zawierającym w sobie wszystkie niezbędne dla kategorii „sprawdzić koniecznie” elementy: „dystopian”, „post-apocaliptic”, „future”. I okazało się, że na komiksowym marketingu polegać czasem można, gdyż seria (pierwsze cztery odcinki, będąc precyzyjnym) zapewnia dokładnie to, co obiecanym było.

Cały koncept lazarusowego świata bazuje bowiem na założeniu, że widniejąca na sztandarach ruchów Occupy proporcja 1 vs 99 (według której 1% najbogatszych posiada więcej niż pozostałe 99% populacji) wyjątkowo się przyjęła, ewoluując z czasem w jeszcze skrajniejszym kierunku. Proces przebiegał burzliwie, świat przyszłości odnajdujemy więc raczej zdewastowany, a fakt,  że rządzi nim 16 rodzin, kontrolujących wszystkie dostępne na plancie zasoby, w zmianie tego stanu nie pomaga. Jak nakazuje poetyka gatunku, nie jest to też miejsce przesadnie przyjazne, co dość sugestywnie pokazano już w pierwszych kadrach komiksu. Poznajemy wówczas główną bohaterkę serii, Forever Carlyle, pełniącą dla swojej familii funkcję Lazari – genetycznie i technologicznie ulepszonej, „pierwszoliniowej” protektorki rodzinnych interesów, której uśmiercenie przy użyciu konwencjonalnych środków jest praktycznie niewykonalne. Niejeden mimo to będzie próbował, gdyż charakter etatu naturalnie predestynuje „Eve” do zajmowania miejsc najbliższych scenie wewnątrzrodzinnej intrygi, wokół której skupia się fabuła pierwszych zeszytów serii.

lazarus2

Znacie? Pewnie, że znacie. Było? Jasne, czytane/oglądane/grane już nie raz. Koniec świata jaki znamy, wulgarnie darwinistyczna rzeczywistość, wyraziści, niejednoznaczni bohaterowie i ich „tajemnice z przeszłości”, rodzinne spiski, klanowe spory, samurajskie miecze… Każdy, kto jest w miarę na bieżąco ze współczesnymi popkulturowymi tworami, tropy, którymi podążają autorzy serii, zidentyfikuje bez trudu. A jednak czyta się to bardzo fajnie – pomysł na świat się nie rozłazi, akcja jest wartka, ale nie przeszarżowana, dialogi napisane porządnie a fabuła zgrabnie podrzuca zalążki obiecujących przyszłościowo wątków (fundując na końcu mały cliffhanger).

lazarus 7Takie są właśnie komiksy odpowiedzialnego tu za scenariusz Grega Rucki. Nie po raz pierwszy udowadnia on, że co prawda bardziej niż wynalazcą jest rzemieślnikiem, aczkolwiek w swojej dziedzinie ponadprzeciętnie utalentowanym. Ze znanych elementów potrafi układać opowieści świeże i wciągające, niezależnie od tego czy na warsztat bierze akurat realistyczny thriller szpiegowski (dobre Queen & Country), antarktyczny kryminał (lepsze Whiteout/Zamieć) czy policyjną opowieść z miasta Batmana bez udziału Batmana (rewelacyjne, pisane wspólnie z Edem Brubarkerem, Gotham Central). Żaden z jego komiksów, które dotychczas miałem okazję czytać, mnie nie zawiódł (mimo, iż do historii gatunku też raczej nie przejdą), a niektóre wręcz mocno rozentuzjazmowały (powtórzę: re-we-la-cyj-ne Gotham Central. Jeśli nie interesujesz się za bardzo komiksem, ale kryminały/opowieści policyjne przekazywane innymi technikami wchłaniasz namiętnie, to jest to rzecz, która okupować powinna czołowe miejsca Twojego rankingu „do sprawdzenia w 2014”). Lazarus już teraz wygląda na czołowego zawodnika w tej sztafecie.

lazarus 6Przyczynia się do tego również graficzna warstwa opowieści. Widać, że komiks robiony jest dla przyjemności i z inicjatywy samych twórców (o czym pisze w posłowiu sam Rucka), nie stanowiąc dla nich, przynajmniej na razie, uciążliwego, kontraktowego obowiązku. Rysownik (Michael Lark) i kolorysta (Santi Arcas) znakomicie wyczuwają intencje scenarzysty – kadrowanie jest głównie statyczne, skupiające się na opowiadanej historii zamiast na fajerwerkach i ozdobnikach futurystycznego świata. Lark swoimi rysunkami raczej zatrzymuje konkretne momenty, fotografując kluczowe dla danego dialogu czy wydarzenia ujęcia, niż dynamicznie rozrysowuje sekwencje wypadków. Dba przy tym o szczegóły, poświęcając dużo uwagi mimice bohaterów, detalom scenografii czy cieniom padającym na twarze, postaci, przedmioty. Wysiłki rysownika mocno wspiera paleta barw wykorzystywanych przez Santi Arcasa. Nie spodziewajcie się jednak jakichś jaskrawostek – mówimy tu w końcu o dystopijnej przyszłości, wesoło nie jest, więc i kolorystyka opiera się na przygaszonych, przyciemnionych, o permanentnym wczesnym zmierzchu widzianych barwach. W tym ujęciu nawet sceny rozgrywające się w rajskiej, jak na warunki przedstawionego świata, posiadłości Jonaha i Johanny (rodzeństwa Eve) mają w sobie coś niepokojącego, niepozwalającego zapomnieć w jakiej rzeczywistości się mimo wszystko obracamy. I znów – to działa, nadając całej, bazowo jednak dynamicznej, opowieści rysę, hmm… melancholii? Refleksji? Unoszącego się w powietrzu braku nadziei? Na pewno spójności. Niby abecadło gatunku, a jednak w przekonującej i niewzbudzającej pobłażliwego uśmiechu formie udaje się relatywnie rzadko. Tutaj, póki co, wychodzi bardzo dobrze.

Podsumowując więc: kawał porządnej, komiksowej roboty. Jeśli lubisz konwencję postapo, to jest to dla Ciebie rzecz do obowiązkowego sprawdzenia (niedawno wyszło zbiorcze wydanie opisywanych tu zeszytów). Jeśli nie reagujesz na nią entuzjastycznie z definicji, ale narracjami niezobowiązująco porządnymi nie gardzisz – „Lazarus” nie pozostawi zawiedzionej/zawiedzionego również Ciebie.

lazarus logo

Lazarus #1-4
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Michael Lark
Kolor: Santi Arcas
Wydawnictwo: Image
Polska wersja językowa: nie.
Pokrewne sprawy: Mad Max (2&3), The Walking Dead (zarówno komiks jak i serial), Y: The Last Man (sce. Brian K. Vaughan, rys. Pia Guerra), seria Fallout, Gra o tron (HBO, 2011 – …).
Ścieżka pod lekturę:

(nie tylko zresztą tej serii, doskonale podkreśli dowolny obraz końca świata)